Śmierć końcem świata? – recenzja filmu „To tylko koniec świata” (2016)


Zwlekałem z recenzją ostatniego filmu Dolana dość długo. Skoro już czekałem prawie rok na jego premierę, a później musiałem odłożyć seans w czasie z powodu wyjazdu do Paryża (w którym notabene Xavier jest bardzo lubiany, jak i zresztą w całej Francji), bez pośpiechu podszedłem do jego recenzji. W To tylko koniec świata nie spieszy się również sam reżyser, skupiając naszą uwagę na kameralności i dość zwykłych niezwykłych rozmowach głównych bohaterów. 

Dolan po raz kolejny przenosi na kinowy ekran sztukę teatralną. Jednak tym razem ogranicza bohaterów w zasadzie do jednego domu, w którym mieszka rodzina Louisa. Powraca on w rodzinne strony, by powiedzieć matce i swojemu rodzeństwu, że umiera. Nie wiadomo na ile tytułowy koniec świata faktycznie okazuje się końcem świata, ale jest na pewno zapowiedzią końca życia człowieka, który odciął się od rodziny i o niej trochę zapomniał. Przedśmiertny powrót do domowego zacisza, przemienia się w nie zamierzone (ale na pewno przewidywane przez głównego bohatera) uczestnictwo w emocjonalnej burzy, jaka zaczyna się rozgrywać między członkami rodziny. Louis staje się iskrą, która podpala bombę i uwypukla relacje między bohaterami oraz ich indywidualne, niezwykle specyficzne charaktery, spośród których każdy znajduje się na zupełnie innym biegunie. Nie brakuje tutaj agresji. Niepohamowanych reakcji i pewnego problemu, który tkwi w tej rodzinie i doskwiera nam przez cały film. Tak jak powrót Louisa uderza w jego rodzinę, równie mocno uderzają w nas reakcje poszczególnych jej członków – od pierwszego spotkania do ostatniego finalnego pojedynku. Louis – będąc pisarzem – teraz musi zmierzyć się z historią, którą sam sobie kiedyś napisał. 


To tylko koniec świata to pierwszy film Xaviera Dolana, który pozbawiony jest w pewnym stopniu charakterystycznej dla niego finezyjności. „Nowy Dolan” fascynuje jednak równie mocno, co ten stary i choć sprawia wrażenie dojrzalszego reżysera, który wyzbył się pretensjonalnego narcyzmu, to nie brak mu oka do wspaniałych kadrów i teledyskowych, już nie tak wyzywających kreacji. To wreszcie on nadaje drugie życie piosence mołdawskiej grupy O-Zone Dragostea Din Tei, która wybrzmiewa w filmie nie tylko jako puszczenie oczka w stronę widza, ale przede wszystkim jako hymn dzieciństwa i powrotu do wspomnień. Dolan uciekając trochę od konwencji kina po brzegi wypełnionego wizualną doskonałością (chociaż i tak To tylko koniec świata jest technicznie niemal doskonały, a zbliżenia na twarze bohaterów umożliwiają nam niezwykle intymny kontakt z każdym z nich), skupia się tym samym bardziej na dialogu z widzem i wrzucaniu go w wir tego emocjonalnego tornada, rozgrywającego się między postaciami. Mimo że To tylko koniec świata korzysta właściwie z najprostszego środka, jakim jest dialog, całość uderza w widza niespodziewanie mocno. Bo słowa ranią bardziej.

Czasami dzieło Kanadyjczyka niebezpiecznie zbliża się do spektaklu teatralnego, na co wpływa nie tylko zamknięcie bohaterów w określonej przestrzeni, ale również bardzo egzaltowane i niekiedy wręcz teatralne występy czołówki francuskich aktorów. Niepozorną owieczką jest Marion Cotillard, która niby w największym stopniu oszczędza w aktorskich środkach, ale jednocześnie jest najbardziej zagadkową postacią w całej tej mieszaninie przeróżnych charakterów. Od niezwykle charyzmatycznej Nathalie Baye nie sposób oderwać wzroku, a Lea Seydoux – jeszcze nie tak dawna kobieta Bonda -- to wulgarny i wyzywający (oraz wciąż piękny!) obraz młodej buntowniczki. Najbardziej charakterystyczny wydaje się Vincent Cassel, któremu nie brakuje trochę stereotypowej „męskiej ręki”. Gdzieś w tle pozostaje ten najważniejszy – Gaspard Ulliel – który do tej emocjonalnej walki zupełnie nie pasuje, poruszając przede wszystkim swoim zagubieniem. 

Jakby ciężkich rozmów i potyczek słownych między bohaterami było nam mało, Dolan serwuje miażdżące zakończenie i pozwala wyjątkowo mocno doświadczyć końca filmowego świata. Zostawia nas jednak z arcytrudnym pytaniem, które wręcz każe nam postawić się na miejscu Louisa. Trochę nieśmiało i niebezpośrednio pyta nas o śmierć. Trochę o naszą śmierć i nasze upodobania. Czy wolimy samotność, czy jednak wartości rodzinne i otoczenie bliskich. Ciężki jest ten film i niezwykle poruszający. Zmiótł mnie emocjonalnie równie mocno, co mój ulubiony Na zawsze Laurence.

Komentarze