Żałoba w różowej garsonce – recenzja filmu „Jackie” (2016)


Film Jackie Pablo Larraina swoją przygodę z Oscarami zakończył bez żadnej statuetki. Była dość krótka i bez większych ekscytacji. Trzy nominacje i w końcu nic. W tle Emmy Stone pozostała nawet sama Natalie Jackie Portman. Mimo że „oscarowy bum” już za nami, sięgam jednak do złotych nagród i piszę dla Was o czymś bardzo niepozornym. Wydaje mi się, że nawet trochę zbyt pochopnie i niesprawiedliwie pominiętym. Zepchniętym i zapomnianym. Tyle że ja o Jackie zapomnieć nie potrafię.

To dość fascynujące zjawisko, kiedy słysząc hasło „Oscary”, zamiast myśleć o nagrodzonym w głównej kategorii rewelacyjnym Moonlight, czy rozpływać się nad magicznym La La Landem, przed moimi oczami staje filmowa postać Jackie Kennedy i tragedia zmieniająca jej życie do góry nogami, którą zresztą dość intymnie ujął w swoim filmie Larrain. Widzę niesamowite zdjęcia. Zbliżenia na Jackie Kennedy. Krew na jej różowym komplecie. Jej klasę i wysmakowanie, przeplatające się ze łzami i kolejnymi odpalanymi papierosami. Jackie jest filmem martwym. A nawet jeżeli dostrzega się w nim jakąkolwiek oznakę życia, jest to co najwyżej dogorywanie w żałobie. Pozbawionym jakiegokolwiek punktu odbicia, który umożliwiłby uwolnienie się z przytłaczającego i – co więcej – coraz bardziej pogłębiającego się smutku. Tragedia rozumiana jako zamach i morderstwo tworzy kolejne tragedie. Tragedię rodziny. Państwa. Dzieci. Tragedię przede wszystkim samej Jackie, która traci w jednej chwili wszystko. 


Wszystko nie ogranicza się jednak do osoby Johna F. Kennedy'ego. Jako wszystko rozumiem również pewien spokój i stabilizację. Bycie kimś i stanie się w jednej chwili nikim. Utratę pozycji i prestiżu. Wielkiego Białego Domu, autorytetu, ale i związanej z tym autorytetem władzy. Co ciekawe, obraz Jackie Kennedy wbrew pozorom nie zamyka się jedynie do samej postaci jej męża. Bohaterka tkwi w żałobie po jego stracie, ale żałoba kieruje się również w te sfery bardziej materialne i w końcu egocentryczne. Larrain w ten sposób wprowadza w swoje dzieło najcenniejszą filmową wartość, a mianowicie szczerość i choć po filmie możemy oceniać postawę Jackie Kennedy przez pryzmat własnych wzorców, oskarżając ją o naprawdę wiele, to i tak cenimy ją za tę szczerość, która staje się coraz jaśniejsza ku końcowi. Mimo że zabrzmi to nadzwyczaj okrutnie i wręcz bezlitośnie, czy Jackie tak naprawdę płacze za mężem? Płacze raczej za swoim dotychczasowym życiem, którego on był jedynie jednym z punktów. 

Nie bez powodu cały czas powołuję się na osobę Jackie Kennedy, ponieważ w filmie Larraina jest tylko i wyłącznie ona, a osoba Natalie Portman istnieje w nim jedynie jako kuszące nazwisko na plakacie. Jej osobie powinna zostać poświęcona osobna recenzja, bo to nie tylko aktorskie arcydzieło, ale przede wszystkim największa oscarowa pokrzywdzona. Jackie Kennedy to najprawdopodobniej rola życia Portman, która przed kilkoma laty powaliła wszystkich fascynującą i mroczną kreacją w Czarnym Łabędziu Aranofsky'ego. Mam wrażenie, że ten występ będzie rósł w oczach widzów i krytyków na przestrzeni kolejnych lat i w pewnym momencie zostanie postawiony obok ról największych. Natalie Portman – najprościej rzecz ujmując – w Jackie przestała być Natalie Portman. Stała się pierwszą damą. Nie tylko filmową, ale przede wszystkim pierwszą damą wśród aktorek. 

Jackie to film, którego bardzo brakowało mi wśród nominowanych w głównej oscarowej kategorii. W ogóle od dawna brakowało mi w oscarowej stawce filmu, który tak mozolnie ciągnąłby się za moją osobą. Byłby takim filmowym cieniem. Jackie to taki cień smutku, bo film Larraina jest jednym z najsmutniejszych filmów w historii. Przygnębiający nie tylko przełożoną na ekran tragedią Jackie, ale również jej innymi tragediami, którymi usłane było jej pozornie cukierkowe życie. Fascynująca to postać i niesamowicie fascynujące filmowe przeżycie. Film ciężki i niewyobrażalnie piękny. Opowiadający o człowieku w skrajnie wartościujących tego słowa znaczeniach. Dla mnie niezapomniany.


Komentarze