Bezpieczny debiut niebezpiecznego głosu – recenzja albumu „Selfocracy” Loïca Notteta


Rzadko zdarzają się na Eurowizji takie perły jak ten skromny chłopak z Belgii. Przed dwoma laty Loïc Nottet zachwycił wszystkich znakomitym występem z piosenką Rhythm Inside, która przyczyniła się do jego popularności nie tylko wśród fanów samego festiwalu. Po dość długim oczekiwaniu na debiutancką płytę, Nottet prezentuje Selfocracy

Już na samym wstępie postanowiłem zaznaczyć drzemiący w tym chłopaku potencjał oraz moje spore rozczarowanie jego debiutem, którego fenomen ogranicza się jedynie do niepowtarzalnego, trochę krzykliwego głosu wokalisty. Głos to jedno, a muzyka to drugie i oryginalności, którą bezsprzecznie prezentuje barwa Notteta, brakuje trochę w brzmieniu. Rhythm Inside, które na płycie się ostatecznie nie znalazło, owszem było mocniejszym bratem Royals Lorde, ale nie brakowało mu pazura, którego trochę brakuje na samym Selfocracy. Million Eyes, będące pierwszym singlem promującym album, jest balladą, której nie powstydziłaby się sama Sia. Potężny wokalnie utwór uderza emocjonalnością, a Loïc Nottet perfekcyjnie wykorzystuje w niej swoją wrażliwość. Mud Blood, którym wokalista podzielił się z nami przed premierą, eksperymentuje muzycznie, przez co otrzymujemy jednocześnie piosenkę ciekawą (patrz: atakujące zwrotki) oraz niezwykle chwytliwą (patrz: łatwy, ale fenomenalnie zaśpiewany refren, którego ponownie nie powstydziłaby się Sia). Gdyby ta piosenka stała się kolejnym singlem, kto wie, może okazałaby się największym hitem komercyjnym Notteta. 


I właściwie wszystko, co najlepsze w swoim debiucie, Belg pokazał nam już przed premierą albumu. Sąsiadujące ze sobą Team8 oraz Dirty muzycznie wpisują się we wszystkie schematy, jakie powiela muzyka pop. Whisperers początkowo intrygują, ale ostatecznie wprowadzają do samej płyty nutę znudzenia. Klimatyczne i bardzo drapieżne Poison niepotrzebnie „ubogacono” o partię raperską, a sama piosenka posiada najlepszy refren spośród wszystkich propozycji od Notteta. Emocjonalne Cure niszczą kiczowate komputerowe wstawki, podobnie jak kameralny duet Wolves z Raphaellą. Kolejne Hungry Heart ponownie nie unika popowych schematów, chociaż nie można mu odmówić niezłego refrenu. Zamykające Selfocracy ponad pięciominutowe, wciąż dość proste Mirror zaskakuje fragmentami innych piosenek z albumu, które zostały ukryte w jego tekście i – co najciekawsze – brzmią w jego aranżacji dużo lepiej. 

Loïca Notteta po Eurowizji zapamiętałem jako wokalistę całkiem oryginalnego, a jego debiutanckiemu albumowi niestety dość daleko do oryginalności. Nieziemski głos nie pozwala ani na moment zapomnieć o prostocie tego albumu, która okazuje się w zasadzie jego największym problemem. Nie przekreślam go. Mówiąc totalnie subiektywnie – bardzo go lubię i cholernie szanuję. Ale myślę, że to nie jest muzyczna droga, która takiemu głosowi mogłaby służyć. Selfocracy jest takim albumem, jakby Loïc Nottet bał się trochę zaryzykować. Za to jest bardzo bezpiecznie. Zbyt bezpiecznie.

Komentarze