Eksplozja elektornicznej rozkoszy – recenzja albumu „Bishop Briggs EP”


Bishop Briggs to największa muzyczna niespodzianka, jaka spotkała mnie w ubiegłym roku. Jej drugi singiel – River – dumnie postawiłem pośród najlepszych piosenek, a sama artystka uległa jedynie bezkonkurencyjnej rok temu Banks. Mająca japońskie doświadczenia, Briggs tworzy muzykę na pograniczu indie popu oraz alternatywnego rocka, śmiało sięgając również po muzykę elektroniczną, a jej debiutancka EP-ka jest niemal doskonała.

Choć Bishop Briggs mogłaby złożyć swój debiutancki album ze wcześniej opublikowanych singli, odkrywa kolejne muzyczne karty i obok czterech wcześniej znanych piosenek, prezentuje dwie kolejne piosenki. EP-kę otwiera znakomite River, które cechuje niepowtarzalna siła i moc. Briggs od razu zarzuca nas swoim charakterem i potężnym wokalem, a River to bezsprzecznie dotychczasowa najlepsza piosenka w jej krótkiej, ale – co najmniej jak na razie – muzycznie niesamowitej karierze. Wild Horses, będące pierwszym oficjalnym singlem artystki, jest nie tylko świetne pod względem produkcji, ale przede wszystkim pokazuje wokalną delikatność artystki i inny rodzaj mroczności od tego, który prezentuje w pozostałych piosenkach (notabene jego wersja akustyczna jest perfekcyjna). Kolejne The Way I Do to przede wszystkim intrygujący motyw muzyczny i wybuchowy refren, ubogacony ponadto o mój ulubiony teledysk, którym dotychczas podzieliła się z nami Briggs. Ostatni utwór znany przed premierą albumu, Dead Man's Arms to spokojniejszy i lżejszy brat fenomenalnego River, w którym w zamian odnaleźć można dużo więcej tajemniczości i klimatycznej niejednoznaczności. 


Dwie nowe piosenki – Dark Side oraz The Fire – niewiele różnią się od brzmienia, do którego zdążyła nas przyzwyczaić artystka. Pierwsza z nich ewoluuje z kameralnie elektronicznego wcielenia artystki w zwrotkach w potężny wokalnie utwór w refrenach. Stylistycznie i klimatycznie podobnie jest w przypadku The Fire, tyle że tutaj mamy do czynienia z fenomenalnie zrobionymi i zaśpiewanymi zwrotkami, które dodają unikatowego charakteru piosence względem innych tytułów. Szkoda, że gdzieś w zapomnienie poszły Be Your Love oraz Pray (Empty Gun), które mogłyby zbliżyć Bishop Briggs do wydania pierwszego pełnoprawnego debiutanckiego albumu. Na longplay musimy więc jeszcze trochę poczekać. Dostajemy za to spójną EP-kę, którą możemy traktować trochę jak budowanie napięcia przed dniem, kiedy być może dostaniemy najlepszą debiutancką płytę ostatnich lat. 

Oprócz spójności, Bishop Briggs zwycięża przede wszystkim byciem Bishop Briggs. Byciem sobą i stuprocentowym zaangażowaniem w swoją muzykę. Pomijając już całą otoczkę wizualną wokół albumu, prezentację artystki czy atmosferę towarzyszącą jej muzyce, wystarczy spojrzeć na kapitalne koncerty, których z utęsknieniem wyczekuję w Polsce, licząc, że któryś z polskich festiwali zaprosi tak znakomitą postać na swoją scenę. I naprawdę z tą znakomitością nie przesadzam. Mało który artysta na początku muzycznej drogi jest równie mocno świadomy prezentowanej stylistyki, przez co spójny i niezwykle autentyczny. Nie znajdziecie na tym albumie zupełnie zbędnych eksperymentów. Zachwycicie się za to sześcioma potężnymi utworami petardami, spośród których każdy wieńczony jest eksplozją. Eksplozją muzycznego zachwytu. Takie wydawnictwa to istna rozkosz!

  

foto: www.atwoodmagazine.com / © Jabari Jacobs

Komentarze