Miłość, szaleństwo i bikini – recenzja filmu „Bikini Blue” (2017)


Gdybym był wrednym człowiekiem, napisałbym, że reżyserem Bikini Blue jest reżyser polskiego serialu Klan i wydaje mi się, że takie zdanie idealnie odzwierciedliłoby to, co sądzę o tym filmie. Wredny jednak nie jestem. Za to bardzo zawiedziony i trochę zły na samego siebie, bo po raz kolejny do końca wierzyłem, że coś, co wcale nie wydaje się dobre, może się takie okazać. I się nie okazało.

Wierzyłem, bo przed seansem widziałem piękne kadry, ciekawy plakat i nazwisko Tomasza Kota, dając się ponieść całej otoczce filmowego projektu, która ostatecznie zaprowadziła mnie do sali kinowej, w której byłem… sam. Od razu powinna mi się zapalić czerwona lampka w głowie, ale szybko przypomniałem sobie o samotnym seansie Obcego nieba Dariusza Gajewskiego, które w końcu było filmem naprawdę dobrym. Bikini Blue jest po prostu złe. To film, który gaśnie w momencie, w którym powinien się zapalić. Przypomina motor głównej bohaterki, któremu powoli kończy się benzyna. Różnica jest jednak dość znacząca – film Marszewskiego wykorzystuje całe paliwo na samym początku i mimo że ostatecznie się nie zatrzymuje, nie robi nic innego jak tylko pyrka i toczy się ku końcowi. Wprowadzając nas w perypetie tego dziwnego (?) małżeństwa, o którym nie wiemy nic i niczego podczas filmu się nie dowiemy, czuć koncept i interesujący styl, odnoszący nas do filmów sprzed wielu, wielu lat. Jednak po pewnym czasie stylistyczne założenia i pewne idee, stają się – no właśnie – tylko założeniami. Bikini Blue zaczyna się topić w stylistyce, którą w końcu samo wykreowało. Urocze ckliwości i schematy z czasem stają się po prostu ckliwościami i schematami w negatywnym tych słów znaczeniu, a twórcy błądzą bardziej w przeszłości głównego bohatera niż on sam – podobno chory i leczony psychiatrycznie. 


Na scenariuszu cierpią chyba najbardziej aktorzy. Szkoda przede wszystkim debiutującej Lianne Harvey, która nie miała nawet okazji pokazać się od dobrej strony. W jej postaci nie ma krzty charyzmy. Dora jest bohaterką, której nie sposób zrozumieć. Nawet jeżeli kieruje nią uczucie miłości do swojego męża, w jej działania i motywacje się po prostu nie wierzy. Błądzi między kochaniem i strachem. Tak samo jak wcielająca się w nią Harvey, która czasami jest urocza, a czasami zupełnie nijaka. Podobnie dzieje się z Tomaszem Kotem, który poniekąd wychodzi obronną ręką z tego starcia z kiepskim scenariuszem, jednak jest to jedynie kwestia doświadczenia. Wcielając się w Eryka zdarza mu się popaść w przeciętne przerysowanie, a w samej postaci brak trochę szaleństwa. Kot ma jednak w tym filmie swoje momenty i to się chwali. 

Zakończenie się podoba, a właściwie świetnie wyreżyserowana ostatnia scena, w której twórcy bawią się nie tylko cieniami, ale przede wszystkim naszą wyobraźnią. To właśnie za nią i przede wszystkim za niezły pomysł, do Bikini Blue nie trafia dziennikowa kosa. Ten kluczowy pomysł jednocześnie trochę sam film zabija, bo twórcy pogrążeni w jego realizowaniu, zapominają o scenariuszu i zaczynają kombinować. Za bardzo. Robi się przez to po prostu nudno i nijako.


Komentarze