Nieważne jak, ważne, że mówią – recenzja filmu „Amok” (2017)


Córka Agnieszki Holland w zasadzie od zawsze mogła się uczyć od najlepszych. Wreszcie to ceniona na całym świecie artystka, mająca na swoim koncie nominację do Oscara. Tegoroczne premierowe sąsiedztwo Pokotu i Amoku spowodowało, że byliśmy świadkiem małego i przemilczanego raczej filmowego pojedynku matki i córki (choć to oczywiście dwa zupełnie różne filmy). Kto zwyciężył? Nie róbmy z tego tajemnicy – to nie był nokaut, ale to Amok okazał się tym trochę lepszym. 

Film Kasi Adamik obraca się wokół głośnej sprawy Krystiana Bali i tajemniczego morderstwa, o które pisarz został oskarżony i w skutkach skazany. Emocje thrillera nie skupiają się jednak wokół samego morderstwa oraz całego rozwoju sprawy, bardziej kierując się w stronę obsesyjności głównego bohatera i jego manipulacji. Bala w filmie Adamik jest człowiekiem do szpiku kości zepsutym. Artystą niespełnionym, który poświęcił wszystko dla swojej książki i po jej opublikowaniu wciąż był metaforycznym nikim. Nie wystarczała rola ojca i męża. Nie wystarczała nawet rola człowieka. Amok jest obrazem obsesyjnego realizowania swoich wyimaginowanych oczekiwań wobec samego siebie. Dążeniem do popularności i rozgłosu, kosztem dosłownie wszystkiego. Objawia to przed nami pewną prawdę o współczesnym świecie – nieważne jak o nas mówią, ważne, że w ogóle to robią, a machina sławy i popularności sama się napędza. 


Obsesyjność objawia się również w postaci policjanta, który zajmuje się sprawą i próbuje wplątać Balę w pewną grę, której przez dłuższą chwilę sam staje się ofiarą. Inspektor Sokolski nieudolnie walczy z przeszłością. Nie potrafi pogodzić się ze zdarzeniem, które momentalnie zawaliło cały jego świat i pozbawiło go wszystkiego, a on sam – podobnie jak Bala po opublikowaniu swojej książki – stał się wobec samego siebie nikim. Amok jest taką grą dwóch obsesyjności – tego, co teraz i tego, co już było i powinno zostać zamknięte. Jedna obsesyjność jest silna i dostarcza mocy. Natomiast druga okazuje się wielką słabością. W tej grze nie ma jednej stałej ofiary. Pozycje się zmieniają i choć zakończenie historii jest doskonale znane, ciągła batalia wydaje się w Amoku najbardziej intrygująca. Aktorsko zwycięża Mateusz Kościukiewicz, na twarzy którego maluje się przeszywające szaleństwo, a jego demoniczna delikatność wprowadza niejednokrotnie w dyskomfort. Simlat gra twardziela, działającego na granicy prawa, którego wciąż boli ciągnąca się za nim przeszłość. Nie daje się zostawić w cieniu młodszego kolegi, ale pomimo swojej większej charyzmy, Kościukiewicz zwycięża intrygą swojego bohatera i niejednoznacznością. 

Amok to również świetna muzyka, wprowadzająca wiele świeżości oraz Zofia Wichłacz, która po małych aktorskich niedociągnięciach z Powidoków, wreszcie zdobyła się na wyrazistość i kobiecą konkretność. Niewiele nam jednak z tego zostaje, gdy zaczynamy zbliżać się do końca filmu. Amok trochę się rozjeżdża, a Adamik po szybkim znalezieniu poszlaki, szybko wrzuca nas do sądu. Napięcie kreowane przez cały film sprowadza się do krótkiego pobytu w sali sądowej, a widzowie władani potyczką głównych bohaterów oraz zaintrygowani szukaniem jej głównej ofiary, sami stają się ofiarami – współuczestnikami klęski reżyserki. 

Mimo wszystko Amok pozostawia po sobie intrygujący brak odpowiedzi. Co więcej, porzuca nas z pytaniami, które dręczą nas przez cały film. Wałkujemy ciągle w głowie temat winny lub niewinności Krystiana Bali. Nie dajcie się zwieść logo popularnej polskiej telewizji i dajcie Amokowi szansę. W Polsce powstaje dużo lepszych filmów, ale pomimo tego do bólu rozczarowującego zakończenia, ma iskrę, której wielu z nich brakuje. I ma przede wszystkim niezwykle obsesyjny wzrok Mateusza Kościukiewicza.

Komentarze