Świadectwo tęczowego więźnia – recenzja książki „Mężczyźni z różowym trójkątem”


Na temat więźniów z różowym trójkątem raczej się milczy. W szkołach – a co najmniej w moim liceum, z którego lekcje historii wspominam mimo wszystko bardzo interesująco – tematu homoseksualistów w obozach koncentracyjnych raczej się nie poruszało. Pozostało to pewnym tematem tabu. Bo Polska? Bo to jednak szkoła z normatywnymi zasadami? Nie wiem. Na pewno żadnego genderu – zarówno tego poprawnie, jak i tego niepoprawnie rozumianego – nie było.

Książka-wyznanie Mężczyźni z różowym trójkątem powstała na podstawie świadectw wiedeńskiego więźnia Josefa Kohouta, który – ze strachu przed prześladowaniami – ukrył się pod pseudonimem Heinz Heger. Bał się śmiertelnie niebezpiecznego paragrafu 175, którego kadencja wcale nie skończyła się w momencie upadku hitlerowskiego reżimu, trwając przez kolejne lata aż do końca lat 60. Od tego porażającego faktu właściwie rozpoczyna się wyznanie człowieka, który został skazany na cierpienie i w jakimś stopniu również śmierć za inną miłość. To lektura niewiarygodnie porażająca. Pełna najprawdziwszych emocji i szczerości, w których Kohout przyznaje się do rzeczy, uznawanych powszechnie za niemoralne. Uderza nie tylko w same nazistowskie Niemcy, homofobiczny paragraf i idee obozów koncentracyjnych, ale również w samego siebie, niejednokrotnie sprowadzając swoje czyny do zwierzęcej chęci przetrwania i selekcji – w tym przypadku na zasadach całkowicie nienaturalnych. 

Nie traktuję tego oczywiście jako zarzut. Wręcz przeciwnie – wyzbywa się stawiania swojej osoby ponad. Nie ma w nim człowieczeństwa rozumianego jako człowieka z „ludzkimi odruchami”. Bardziej przypomina oznaczoną numerem jednostkę, która chce, żeby było jej łatwiej i na tej zasadzie stara się bazować. Zresztą tak jak każdy w obozie. Każdy pozbawiony swojej tożsamości – czy to żydowskiej, czy to gejowskiej. To poniekąd fascynujące, że homoseksualni mężczyźni przedstawieni są w tej książce jako równi Żydom. Równi oczywiście w „obozowym” tego słowa znaczeniu – jako osoby do likwidacji. Ruszające się przedmioty, które plamią czystą rasę. Biorące udział w sprawie „brudnej i obrzydliwej”, gdy wspólne seksualne zachowania dwóch heteroseksualnych mężczyzn, postawionych w obozie ponad zwykłymi więźniami, traktowane są jako „działania zastępcze” – bo czy jest jakaś różnica między mężczyzną a kobietą, kiedy pragnienie zaczyna z człowiekiem wygrywać? 

Ja zaś poczułem się tak, jakbym na nowo przeżył ukrzyżowanie Jezusa sprzed 2 tysięcy lat. Tyle że zamiast rzymskich żołdaków były sługusy Hitlera z SS, zamiast krzyża – ława do bicia. Tamte cierpienia i męki Zbawiciela nie mogły być większe niż te, które jego przedstawiciel na Ziemi musiał znosić w Sachsenhausen. 

Mężczyźni z różowym trójkątem to książka bez żadnych ulg. Porusza traumą, której stajemy się świadkami. Jest historią, która trochę odbija się jednak w naszym codziennym życiu. Ilu jeszcze ludzi stosuje wobec drugiego człowieka paragraf 175, choć może nie aż w tak brutalnym wymiarze, jaki prezentuje książka-wyznanie Hegera. Nie trzeba tego odnosić nawet do samych homoseksualistów, ale każdego pojedynczego człowieka. Jakkolwiek prosto by to nie zabrzmiało, Mężczyźni z różowym trójkątem to książka o prześladowaniu ludzi. Sprowadzeniu człowieka do zwierzęcia. Traktowaniu go jak przedmiot. Śmieć, który można po drodze kopać i czerpać z tego niesamowitą przyjemność. Porażające są opisy wykorzystywań i tortur, również na tle seksualnym. Heger kreuje obrazy, których nie spodziewalibyśmy się nawet po takim miejscu jak obóz koncentracyjny. Obrazy szalone i niewyobrażalnie abstrakcyjne. Przykre. 

Aby upokorzyć chrześcijańskich więźniów lub też w ramach „ofiary” dla „germańskiego boga”, wykonanie wyroku śmierci odbyło się przy choince. Po obu stronach drzewka ustawiono dwa długie, mocne drągi na drewnianych podporach i na tych zaimprowizowanych szubienicach powieszono na sznurach czterech skazańców z lewej i czterech z prawej strony. W celu odstraszenia od kolejnych prób ucieczki czy może po to, by nam, więźniom, „ubarwić” świąteczny czas, zwłoki wisiały tam ponad dwa dni, aż minęły święta. (…) co roku podczas świąt, przy każdej kolędzie – choćby były najpiękniejsze i najbardziej uroczyste – przypominam sobie choinkę w obozie Flossenbürg z jej przygnębiającymi „ozdobami świątecznymi”. 

Co to za świat i co to za ludzie, którzy decydują za dorosłego człowieka, kogo i jak wolno mu kochać? Takie pytanie stawia przed nami Heinz Heger na odwrocie Mężczyzn z różowym trójkątem i trochę swoim obozowym wyznaniem na to pytanie odpowiada. To świat przede wszystkim nieszczęśliwy i przepełniony złem, w którym niektórzy ludzie pretendują do tytułu jakiegoś bóstwa (aż kusi się o ponowne użycie „germańskiego boga” z wyżej zacytowanego fragmentu) i jednego skazują na śmierć, a drugiego potrafią przed tą śmiercią uratować. Bo jest lepszy. I wcale nie chodzi o lepszość w znaczeniu człowieka, a lepszość cielesną, rozumianą bardziej w kontekście samej oferty. Nie trzeba nikogo uświadamiać, że nazistowskie obozy koncentracyjne to ogromna tragedia, ale warto w tym momencie zaznaczyć, że Mężczyźni z różowym trójkątem to najprawdopodobniej jedna z najważniejszych książek o tej tragedii. Również tragedii człowieka, który wyszedł z domu na zwykłe przesłuchanie i został skazany na pewną śmierć. Za inność. 


Komentarze