Tylko wariaci są czegoś warci – recenzja filmu „Carrie Pilby” (2016)


Bycie dziwakiem jest fajne. Albo inaczej – może być fajne. Chyba, że popadniemy w pewne skrajności, które nie pozwalają nam normalnie funkcjonować w otaczającym nas świecie. Ludzie, którzy mają swoje dziwoty są po prostu ciekawsi. Może dlatego, od pierwszej sceny polubiłem przemądrzałą Carrie Pilby i jej historię. Bo choć przyswoiła całą wiedzę z zakresu literatury i w wieku osiemnastu lat ukończyła Harvard, to w jej edukacji zabrakło jednego – przyjemności czerpanej z bycia młodym.

Kiedy ja myślałem o jakichś (patrząc oczywiście przez pryzmat filmu Susan Johnson) błahych sprawach jak studniówka czy zbliżająca się matura, ona kończyła już jedną z najważniejszych uczelni na świecie. Najprawdopodobniej z wyróżnieniem i wielkim uznaniem rektora, bo jeżeli chodzi o zakres wiedzy, mogłaby sobie przybić z nią piątkę. Albo raczej on z nią. A mimo wszystko ta młoda dziewczyna jest nieszczęśliwa i nie może odnaleźć swojego miejsca pośród innych ludzi. Nie potrafi rozmawiać, a jak już zaczyna, to poraża rozmówców bezpośredniością. Każdy mężczyzna to potencjalny zwierz polujący na swoją piękną ofiarę (znakomita scena w kawiarni!). A świat to jeden wielki seks i jeszcze większa hipokryzja. Carrie Pilby uchodzi za dziwaczkę i uwierzcie na słowo, że zakochacie się w tej dziwaczce od pierwszej sceny, gdy zamrozi Was swoją pokerową twarzą i wyłupiastymi oczami nienawidzącymi całego świata. Będziecie sobie z niej chichotać. Obserwować jej normalne życie, które na jej własne życzenie staje się życiem nienormalnym. Choć będziecie dostrzegać jej dość poważny problem, Carrie Pilby okaże się jedną z najbardziej uroczych komedii ostatnich lat. I pokochacie jeszcze znakomitą Bew Powley, od której nie sposób oderwać wzroku. 


Skupmy się przez moment jednak na problemie Carrie. Okazuje się nim wrzucenie nastolatki w dorosłe życie, które doprowadza do tego, że młody człowiek – idąc za zasadą z kim przystajesz, takim się stajesz – otaczając się dorosłymi ludźmi, dorosłymi decyzjami i dorosłą miłością, traci wszystko, na co pozwala młodość, a czego już raczej unika dorosłość. Głównym problemem Carrie okazuje się utrata buntowniczego okresu. Nie było w niej buntu, więc w momencie, kiedy ten bunt powinien ustać, on zaczyna się dopiero w niej rodzić. Jej „lista sześciu rzeczy, które musisz zrobić, by być szczęśliwą” dla nas wydaje się rzeczą zupełnie zwykłą. Dla niej okazuje się potężnym przełomem. Problem głównej bohaterki przekłada się również na problem filmu. Carrie Pilby to trochę taka stylistycznie hipsterska komedia, która startując od naprawdę ciekawego humoru, ku końcowi zaczyna chylić się w stronę pewnych ckliwości. Czarny i zadziorny humor zaczyna przeplatać się z humorem tym ładniejszym i bezpieczniejszym. Ale wciąż się dobrze bawimy. I bez końca się uśmiechamy. Uśmiecham się na samą myśl o tym filmie. 

Pisząc zakończenie tej recenzji dalej się uśmiecham i poważnie zastanawiam się, co jeszcze oprócz tego uśmiechu mogę dodać, bo on wydaje się najistotniejszy. To niepozorna komedia o samotniczce i dziwaczce, z dużą dawką dobrego humoru, za którym bardzo przepadam. Osobiście dodaję do listy moich ulubionych komedii, a Wy łapcie Carrie Pilby zanim jeszcze jest w kinach. Bo wiecie – ta dziewczyna jest trochę płochliwa i również z polskich kin może bardzo szybko uciec.

Komentarze