#LubięPOP – recenzje płyt „Witness” Katy Perry i „Monkey Business” Margaret


O Katy Perry można powiedzieć wiele złego. Przede wszystkim problematyczne okazują się jej występy live, które choć są niezapomnianymi show, to niekiedy wokalnie pozostawiają naprawdę wiele do życzenia. Nie można jej jednak odmówić tego, że jest to obecnie jedno z najgłośniejszych nazwisk muzyki popularnej. Jej najnowszy album pojawił się w czasie, kiedy swój drugi solowy album zaprezentowała największa polska gwiazda muzyki pop (i mówię to z pełnym przekonaniem!) – Margaret. Gdyby postawić ich w płytowym pojedynku, wbrew pozorom wyniknąłby z niego remis, a może nawet mała przewaga Polki.


Katy Perry – Witness 

Po tym jak większość popowego świata bujała się przy Roar i Dark Horse z poprzedniej bardzo słodkiej płyty Prism (choć słodkość to domena dotychczasowej każdej płyty Katy Perry i przede wszystkim jej muzycznego wizerunku), jedna z najważniejszych współczesnych wokalistek obcięła włosy, przefarbowała się na platynowy blond i swoim najnowszym krążkiem zabrała nas do zupełnie innego muzycznego świata. Już ciekawy singiel Chained to the Rhythm zwiastował, że muzyczna droga zmierza w innym, bardziej intrygującym kierunku. W tej myśli utwierdziły kolejne single – niejednoznaczne Bon Appetit oraz niewiarygodnie irytujące Swish Swish, które po premierze albumu wyrosło na największą niespodziankę w wizerunku Katy Perry i zdecydowanie na najlepszą piosenkę na Witness. Czy jednak nowa twarz wokalistki prezentuje wokalistkę muzycznie konsekwentną?

Od razu odpowiem, że nie. Katy Perry bezsprzecznie bawi się trochę ze swoimi odbiorcami i faktycznie niekiedy jej muzyka zmierza w dużo ciekawszym kierunku niż ten, do którego dotychczas nas przyzwyczaiła. Na płycie przoduje przede wszystkim znakomite Roulette – potężna elektroniczna piosenka, która dzięki charakterystycznemu motywowi, od razu przywiodła mi na myśl lata 80. Choć jej refren może brzmieć zbyt prosto, patrząc szczególnie przez pryzmat znakomitych zwrotek, nie tylko świetnie wpisuje się w moje „nowe pojęcie Katy Perry”, ale przede wszystkim jest świetnie wyprodukowaną piosenką, wbrew pozorom nie mającą zadatków na radiowy hit. I to właśnie ją postawiłbym obok trzech ciekawych singli, do których reszta płyty nawet przez moment się nie zbliża. 

Najgorsze w Witness jest jednak to, że właściwie na Roulette – poza singlami – kończy się udana metamorfoza Katy Perry. Doceniam starania, bo są momenty kiedy ona naprawdę się udaje (idealny przykład – Deja vu – najlepiej słuchać samych zwrotek i przeskakiwać koszmarny refren). Niekiedy trochę mniej (trochę kiczowate Bigger Than Me, mdłe Tsunami czy ulatujące niczym banalny tytuł Hey Hey Hey). I może dałoby się przymknąć jakoś na pewne niedociągnięcia oko, gdyby nie zachowawczość tej płyty, bo zmiana zmianą, ale nie może zabraknąć piosenek, które zawładną rozgłośniami. Stąd być może na czwarty singiel zostało wybrane Save As Draft – ładna popowa ballada, która spodoba się milionom. Ale nijak ma się do ogolonej blond Katy Perry z poprzednich singli. No szkoda. Ale „trza zrobić hita”. 


 

Margaret – Monkey Business 

Zacznę od poważnego wyznania. Lubię Margaret. Tak po prostu. Zdaję sobie sprawę z jej niedociągnięć związanych z występami live, ale przy okazji oglądam każdy z nich na bieżąco i poddaje osobistej analizie. Wiem, że jej muzyka nie zawsze prezentuje coś nadzwyczajnego, chociaż z drugiej strony – postrzegam ją jako jedyny obecnie polski towar eksportowy muzyki popularnej, który mógłby się spodobać poza Polską. No tak, zapomniałem, już się spodobał. Po dwóch bardzo dobrze przyjętych piosenkach – również poza Polską, co lubię podkreślać i podkreślać tu będę – a mianowicie Thank You Very Much i Cool Me Down, Margaret muzycznie przypomina o sobie płytą numer dwa – popularnie nazywaną płytą sprawdzianem – o gdzieś już słyszanym wcześniej tytule Monkey Business

Oczekiwanie na drugi krążek od Margaret rozpoczęło się od Blue Vibes, które pojawiło się na ścieżce dźwiękowej do ostatniej części Smerfów i było miłą taneczną niespodzianką. Warto dodać, że bardzo zarażającą taneczną niespodzianką. Singiel What You Do, po którym już tradycyjnie powiła się fala komentarzy odnośnie zbyt widocznych inspiracji muzycznych Margaret, przyniósł nam nie tylko najlepszy teledysk w karierze wokalistki, ale przede wszystkim najlepszą dotychczasową piosenkę Margaret. I choć to właśnie What You Do spowodowało, że jej Monkey Business jest ostatecznie płytą jednak trochę rozczarowującą, to kłaniam się przed Margaret, bo takie piosenki na polskiej scenie popowej się nie zdarzają, a jeżeli już się zdarzają, to obok tytułu najczęściej pojawia się właśnie Margaret. 

Na albumie mamy jeszcze dwie perełki – pociągające Color of You i piosenka-żart, jak to w jednym z wywiadów określiła sama Margaret, tytułowe Monkey Business, spośród których ta pierwsza zasługuje na tytuł kolejnego singla. W obliczu ciekawej czwórki otwierającej album, broni się jeszcze ciekawe Future My Problem i momentami nijakie Super Human. Przekombinowane Over You mogłoby oddać trochę swojej konkretności niewyrazistemu Glorious. Natomiast Cuz It's You i Funky Song pozostawiają w swoim cieniu dwie polskie, bardzo skromne ballady, które choć objawiają wrażliwą stronę Margaret, utwierdzają mnie w przekonaniu, że Margaret brzmi najlepiej po angielsku. Ale słychać na tym albumie rozwój wokalistki i za to warto ten krążek docenić. To płyta nieidealna, ale z potencjałem – raz trochę lepiej wykorzystanym, raz trochę gorzej. Czekam na więcej.


Komentarze