Czterdzieści lat to już starość? – recenzja filmu „Facet do wymiany” (2017)


Plakat filmu Rock’n Roll, na którym podziwiać możemy przepiękną Marion Cotillard z dorysowanymi piersiami i jej męża Guillaume’a Caneta z wymarzonym filmowym irokezem, prześladował mnie podczas mojej tygodniowej zimowej podróży do Paryża. Był niemal wszędzie – w metrze, na przystankach, a nawet rozsiało go po ulicach francuskiej stolicy. Paryski sentyment nie pozwolił mi na puszczenie w niepamięć tej premiery i w skutkach postanowiłem obejrzeć ten bardzo dziwny film. Powiedziałbym nawet, że wyznaczający nową jakość pośród francuskich komedii. Jednak czy nowa jakość równa się lepszej?

Francuski Rock’n Roll, polski Facet do wymiany (naprawdę, nie spodziewałem się, że aż tyle ten film może tracić na zmianie oryginalnego tytułu), opowiada historię aktora „po czterdziestce”, który zostaje wpędzony w kryzys przez swoją koleżankę z planu. Podobno jego lata młodości bezpowrotnie minęły, a mężczyźni podobni do niego, tatusiowie uwikłani w wieloletnie związki, którzy „chodzą jak w zegarku”, nie podniecają już kobiet i nie są ich obiektami westchnień. Aktor z naruszoną męską ambicją, postanawia udowodnić, że wiek to tylko liczba, a on rzuca się w wir imprez i… chirurgii estetycznej. W Facecie do wymiany nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Canet do filmu wrzucił samego siebie oraz swoją partnerkę Marion Cotillard. Czy przedstawione w komedii ich życie jest prawdą, to sprawa sporna, a już po samych Cezarach widać, że ich życie zostało naruszone na potrzeby filmu. Szkoda, że nie postawiono na więcej autentyczności i nie sprzedano jakichś smaczków z ich prywatnego życia. Być może byłoby w tym filmie trochę pikantniej. 


Kryzys Guillaume’a Caneta to nie tylko kryzys aktora, ale przede wszystkim kryzys mężczyzny, który oprócz tego, że dostaje coraz poważniejsze role i nie wnosi już młodej energii do francuskiej kinematografii, to przede wszystkim pozostaje w cieniu swojej partnerki, która święci sukcesy poza Francją, współpracuje z Xavierem Dolanem (i tu miód na moje serce, kiedy jego nazwisko pada w filmie), nominują ją do Oscarów, a sama przesadnie i z przerażającą konsekwencją oraz dominacją dąży do doskonałości swojej roli. Nawet idąc do warzywniaka, Canet jest „panem Cotillard”. Rozumiemy więc punkt wyjścia tej męskiej frustracji, jednak nieznane są wyroki reżyserskie Caneta, który im bliżej końca, tym coraz bardziej kieruje się w stronę pastiszu. Niekiedy humor, prezentowany przez jego film, osiąga poziom rynsztoku, a jako twórca niejednokrotnie przekracza granicę dobrego smaku. Są jednak momenty, w których Facet do wymiany jest filmem zupełnie bezbłędnym, trafiającym w samo sedno problemu głównego bohatera, który – podobno – kiedyś będzie problemem każdego. Canet – czasami może trochę zbyt banalnie – punktuje decyzje i wynikające z nich działania swojego filmowego alter ego. Ciągnie za sobą widza w tę filmową próżnię, zdominowaną przez botoksowe wdzięki i wyćwiczone apollińskie ciała, pokazując nieśmiało palcem wszystkich pogrążonych w kryzysie wieku średniego gwiazdorów (choć kryzys ten, jak się później okazuje, nie dotyka jedynie mężczyzn). Ale też porządnie prześladuje samego siebie, ostatecznie stwierdzając przed samym sobą: Canet, młody to Ty już nie będziesz. Dwudziestoletnich adonisów nie zagrasz. Ale francuskie tłumy wciąż Cię kochają, takiego jakim jesteś. 

Kiedy pogrążony w kryzysie Canet, pogrąża również w kryzysie nowy filmowy projekt, wszystko na swoich barkach trzyma jego partnerka. Marion Cotillard grana przez Marion Cotillard jest znakomicie napisana, a jej kreacja na niezwykle zdeterminowaną aktorkę, niekiedy ocierającą się o aktorkę-wariatkę, robi ogromne wrażenie i niezmiennie bawi. Marion jako Marion jest bezbłędna i trzymam kciuki, by ta fenomenalna rola Francuzki znalazła swoje miejsce pośród przyszłorocznych nominacji do Złotych Globów dla najlepszej aktorki w komedii lub musicalu. Bo zasługuje, bardzo! Sam Facet do wymiany jest filmem wybitnie pokręconym. Taką hybrydą tego, co we francuskich komediach najlepsze i tego, co w amerykańskich przedstawicielach tego gatunku najgorsze. Zupełnie subiektywnie rzecz ujmując, polubiłem ten film. 

PS: Tylko dla tych, którzy oglądali. Czy tylko dla mnie Guillaume Canet pod koniec Faceta do wymiany jakoś dziwnie przypomina Donalda Trumpa? Powiedzcie, że to nie jest tylko moje skojarzenie.


Komentarze