Love story z Finlandii – recenzja filmu „Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia” (2016)


Wakacyjna premiera z Finlandii, Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia zdominował tegoroczne rozdanie fińskich nagród filmowych, zdobywając najważniejsze statuetki w tym dla najlepszego filmu, aktora czy reżysera. Do tego triumfu dopisać warto zwycięstwo w Cannes w Przeglądzie Un Certain Regard oraz Europejską Nagrodę Filmową dla odkrycia roku. Imponujące. Film Juho Kuosmanena w żadnym stopniu nie wpisuje się w powszechnie rozumiane kino skandynawskie, które kojarzy się raczej z chłodem i surowością. To ciepły film o zakochaniu i dążeniu do samorealizacji. Podkradzione przeze mnie z plakatu „fińskie love story”.

Olli Mäki jest bokserem. Znacznie niższym od swoich kolegów z treningów. Trochę takim niepozornym. Przemawia przez niego ujmująca skromność oraz niepewność siebie – albo inaczej, wmówiona pewność przez apodyktycznego trenera. Olli ma za niedługo odbyć walkę z mistrzem świata z Ameryki. Jeszcze nie wygrał, a już staje się bohaterem. Ba, jeszcze nie schudł, a wciąż przekracza dozwoloną wagę do walki w kategorii piórkowej. Los jednak sprowadza na głowę biednego mężczyzny jeszcze jeden problem – miłość. Film Kuosmanena przez lekko ponad półtorej godziny jest naprzemiennie dramatem sportowym i ładnym, czarno-białym romansem dwójki niezwykle uroczych osób. W którym z tych gatunków prezentuje się lepiej, do końca nie wiem, choć wydaje mi się, że Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia to jednak lepszy dramat sportowy niż film o miłości. Wynika to z faktu, że uczucie, które powinno się rodzić, tak naprawdę od samego początku w nim jest i konkluzja głównego bohatera, definiująca to uczucie „miłością” jest odebrana raczej bez większej emocji. Podobnie jak to ewoluowanie tego uczucia, które jest wręcz niedostrzegalne. Ostatecznie wątek miłosny, czyli to fińskie love story (no przepraszam, ale bardzo polubiłem to określenie!), broni się przede wszystkim specyficznością zarówno głównego bohatera, jak i jego dziewczyny. I mam tu na myśli szczególnie tą Panią. Z jednej strony ma w swojej twarzy coś z uroku Adele. Z drugiej strony – zachowaniem przypomina trochę Frances z filmu Frances Ha, bo to też taka niepoprawna optymistka, której uśmiech nie schodzi z twarzy, nawet jeżeli nie wszystko idzie po jej myśli.


Jako dramat sportowy – najprościej rzecz ujmując – film trzyma w napięciu, szczególnie im bliżej finalnego pojedynku. Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia jest bardzo ciekawym portretem człowieka, który staje się kimś więcej. Pojawia się rozpoznawalność. Sesje zdjęciowe. Reklamy. Sponsorzy. Nawet ruszają prace nad dokumentem o mistrzu, który mistrzem wcale jeszcze nie jest. Olli jako bohater jest raczej osobą niegotową na sławę. Takim trochę oczkiem w głowie trenera, który upatrzył sobie ofiarę i za wszelką cenę chce go sprzedać, niekoniecznie jako sportowca i dla jego własnego dobra, ale również dla siebie, by kontynuować swoje dobre imię, na które pracował podczas minionej kariery bokserskiej. Film – w całej tej sportowej otoczce – pokazuje również jaka presja wisi nad sportowcem. Sportowcem, który wreszcie też jest tylko człowiekiem. W kategorii tej presji i powiązanego z nią poświęcenia, reżyser czerpie z dobrze znanych nam środków, sięgając do bulimii czy fizycznego nadwyrężania swojego organizmu. Te proste środki bardzo dobrze tu jednak pasują. Bo Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia jest w ogóle bardzo prostym filmem i być może to właśnie tą prostotą zaskarbił sobie sympatię widzów.

Ładna to historia, której brakuje z początku trochę emocjonalności. Ładna, bo to, co dzieje się na ekranie, jest niecodzienną ucztą dla oka. Ziarniste czarno-białe kadry nie tylko przenoszą nas w czasie, ale przede wszystkim pozwalają doświadczyć filmu, który kreowany jest wizualnie na film z połowy ubiegłego wieku. Nie jest to pozycja obowiązkowa na mapie premier tych wakacji, ale dla relaksu, w jakieś gorące popołudnie, jak najbardziej!




foto: Sami Kuokkanen Kuvaamo

Komentarze