Nielegalna atomowa blondyna – recenzja filmu „Atomic Blonde” (2017)


Przed premierą dużo mówiło się o tym filmie w kontekście Johna Wicka w spódnicy, jednak Atomic Blonde warto potraktować bardziej jako indywidualną atomową blondynę. Niby zwykły film akcji, a oczekiwania względem niego nieustannie rosły. Być może to kwestia innych świetnych tytułów, które mogliśmy w te wakacje oglądać, wśród których Atomic Blonde miała zarezerwowane miejsce dla siebie już od samego początku. Jednak czy faktycznie na to miejsce pośród najlepszych zasłużyła?

Film opowiada historię tajnej agentki, która zostaje wysłana do Berlina w trakcie zimnej wojny. Jej głównym zadaniem jest pomoc w odnalezieniu listy tajnych agentów. Jeżeli wpadnie ona w niepowołane ręce, to będzie koniec dla każdego poszczególnego człowieka, który na liście widnieje – zarówno koniec metaforyczny, jak i ten dosłowny. Pełna klasy Lorraine Broughton zostaje wrzucona między dwa różne miejsca, dwa różne społeczeństwa oraz dwa różne ustroje w jednym mieście i od samego początku staje się głównym obiektem zainteresowań wrogów. Również i my, widzowie, jesteśmy od samego początku wrzuceni w wir akcji, która początkowo choć trochę nierówno prowadzona (zdarzają się momenty, kiedy film jakby na moment siadał, a bohaterowie dostali chwilę czasu, by sobie odsapnąć), ostatecznie staje się prawdziwą jazdą bez trzymanki. Razem z Lorraine nikomu nie ufamy, a każda poszczególna osoba wzbudza w nas pewną wątpliwość. Otaczamy się ludźmi i nie mamy pojęcia, która spośród nich posiada pistolet. Nie ufamy nikomu, ponieważ nie wiemy, kto może się okazać naszym wrogiem. A przecież może być nim nawet potencjalnie nasz największy przyjaciel.


Definicją Atomic Blonde wydaje się przede wszystkim muzyka. Niewiarygodnie rozstrzelona gatunkowo od Queen, przez Depeche Mode, Marilyna Mansona, cięższy rock, po muzykę niemiecką i rosyjską, a nawet niemiecką elektronikę (cover 99 Luftballons Kaleidy, ale to jest dobre!). Równie nieprzewidywalna co główna bohaterka oraz jej wrogowie. Nieprzewidywalna przede wszystkim jak sam film, za którym ciężko nadążyć w natłoku przeróżnych intrygujących bodźców. Najważniejsi są tutaj jednak i tak aktorzy, którzy wręcz zdominowali ten film. Pełna klasy Charlize Theron elektryzuje swoją stanowczością i eksponowaną pewnością. Mrozi spojrzeniem, błyszczy we wspaniałych kreacjach, stanowiąc jednocześnie fundament całego filmu. Szkoda, że takie kreacje raczej nie zyskują sympatii Akademii, bo ten występ powinien otworzyć drogę dla aktorski do kolejnej nominacji do Oscara. Czuć niesamowitą chemię, pełną kontrastów, między nią, a wcielającym się w Davida Percivala rewelacyjnego Jamesa McAvoya, który kreuje w tym filmie postać trochę nieprzewidywalnego szaleńca, przybierającego przeróżne maski.

Atomic Blonde jest wystrzałowym filmem akcji, który trzyma w ryzach do samego końca. Idąc za tytułem, atomową rozrywką, która porwie każdego, nawet widza, raczej stroniącego od kina akcji, w którym dominuje przemoc i szybka jazda. Atomic Blonde to film dobry i myślę, że niektórzy odważą się nawet postawić go pośród najlepszych tytułów tegorocznych wakacji. Zakochałem się w soundtracku, odkryłem na nowo Jamesa McAvoya i nie mogłem oderwać wzroku od magnetyzującej Charlize Theron. Historia była właściwie uzupełnieniem subiektywnego zauroczenia. Powiem tyle, idźcie do kin i dobrze się bawcie!








Atomic Blonde znalazła się pośród pięciu najciekawszych premier tych wakacji. 
Sprawdźcie pozostałe! 



foto: imdb.com

Komentarze