Odcienie rozczarowania – recenzja filmu „Control” (2007)


Dawał z siebie więcej niż ludzie dostrzegali. Kochali go, ale czuł, że nie doceniają jego zaangażowania. Zdawał sobie sprawę z popularności, wypełnionych po brzegi koncertów, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że odbiorcy nie widzą tego, co on od siebie na scenie daje. A dawał na tej scenie całego siebie. Ian Curtis – wokalista kultowej kapeli Joy Division – to jeden z artystów niespełnionych, którego artystyczne niespełnienie odbiło się w jego życiu. Control Antona Corbijna jest właśnie filmem o traceniu tej tytułowej kontroli, bo choć Curtis śpiewa She’s Lost Control, to tak naprawdę He’s Lost Control.

Słuchał Davida Bowiego i marzył. Udało się. Dołączył do zespołu, który poszukiwał charyzmatycznego wokalisty. Od teraz prowadził potrójne życie – ojca i męża, artysty, którego zaczęły uwielbiać tysiące ludzi na całym świecie oraz epileptyka. To trzecie życie przekreślało poniekąd życie drugie, które automatycznie wcześniej było przekreślane przez życie pierwsze. Bycie artystą spowodowało, że wokalista odsunął się od rodziny, a nasilająca się choroba nie pozwalała mu na spokojne tworzenie i występowanie. Ian Curtis w Control wyrasta na postać bardzo tragiczną i zagubioną. Krążącą między tym wyimaginowanym trochę wcześniej życiem artysty, a zwykłą szarą codziennością małego miasta, w którym czekały na niego żona i córeczka. Punktem zapalnym w tym filmie jest przede wszystkim rozczarowanie i jego dwa oblicza. Chęć bycia artystą wiąże się z mniej ustatkowanym życiem, więc pierwszym rozczarowaniem staje się spokojne życie rodzinne. Dojrzalsza, już nie tak piękna żona. Związek, z którego uleciała młodzieńcza beztroska, a wkradła się w nie rutyna. I wreszcie córka, będąca niewinnym owocem ulotnej miłości i stająca się jedynie pewnym spoiwem, które łączy dwójkę obcych już sobie ludzi. Nieukrywająca swoich emocji żona (w tej roli świetna Samantha Morton) jest w tej rodzinie iskrą nadziei na lepsze jutro. Być może ślepo zakochaną iskrą, która w nie wierzy i poniekąd też o nie walczy, stając się w Control ostatecznie chyba tą najbardziej skrzywdzoną. Dążącą od niewyrażalnego szczęścia (być może trochę stereotypowe marzenie o niegrzecznym mężczyźnie-muzyku) do przenikliwego smutku. Podobnie jak w przypadku Iana, pewnego rozczarowania i niespełnienia.


Drugim rozczarowaniem jest życie na scenie. Życie, które powinno równać się szaleństwu. Miłości i oddaniu wielu fanów na całym świecie. Koncertom, które wypełniałyby ludźmi sale po brzegi. Nucie młodzieńczości, tak bardzo brakującej w małomiasteczkowej szarości. Życie na scenie miało być tym życiem znacznie większym i lepszym, zdominowanym przez pewną beztroskę, ale również własną kreację, która była chyba najważniejszym punktem zapalnym tego drugiego rozczarowania. Kreacja na scenie doprowadziła do tego, że Ian Curtis – oprócz tego, że był na językach wielu młodych ludzi, a muzyka jego zespołu zderzała ich z rzeczywistością – była elementem, który sprawił, że artysta był we własnym odczuciu nierozumiany. Dawał całego siebie, ale nie czuł, że ludzie biorą go całego. W tym drugim życiu pojawiła się również druga kobieta, która postawiła Iana pomiędzy dwoma miłościami – miłością małżeńską i miłością dwójki kochanków, wychodzącą w pewnym momencie na pierwszy plan. Ten balans pomiędzy różnymi życiami, stykaniem się z dwoma rozczarowaniami i przede wszystkim krążenie między jednym uczuciem a drugim, doprowadzają do tragicznego punktu kulminacyjnego. Zanim jednak do tego punktu dochodzimy, Control jest takim toczącym się ku końcowi filmem, a widz momentami trochę beznamiętnie towarzyszy wokaliście w dążeniu na szczyt i z tego szczytu powolnym spadaniu. I nie mam tutaj na myśli szczytu kariery, a szczyt życia.

Kiedy pojawiają się napisy końcowe, człowiek nie wstaje. Jest przygnieciony tragicznym losem głównego bohatera, które potęgowane jest przez świetnie wyreżyserowane zakończenie, które odważę się nazwać jednym z najlepiej zrobionych zakończeń w historii. Siedzisz, napisy końcowe dobiegają końca, przesłuchałeś już jedną piosenkę Joy Division, później znakomity cover Shadowplay The Killers nagrany na potrzeby filmu, napisy się kończą, wstajesz i nie do końca wiesz jak żyć. Bo po tym filmie trochę mnie rozbolało życie. Tak po prostu.



foto: imdb.com

Komentarze