Popijamy szprycer z Taco – recenzja EP-ki „Szprycer” Taco Hemingwaya


Znowu to zrobił. Niby zapowiedział swój nowy album warszawskim muralem, ale i tak wszyscy poczuli się zaskoczeni. Albo chociaż udawali zaskoczonych. Od wydania Marmuru nie minął jeszcze rok, a Taco Hemingway zdążył nagrać nowy album i podrzucić go swoim fanom. Szprycer – w odróżnieniu od Marmuru – jest wydawnictwem, na którym Taco trochę eksperymentuje. Raz z lepszym, raz z trochę gorszym skutkiem.

Kiedy usłyszałem po raz pierwszy Nostalgię, którą można uznać za singiel promujący wydawnictwo (chociażby dlatego, że do piosenki powstał nie najgorszy teledysk), przed moimi oczami stanął Drake. Szprycer jest albumem trochę odważniej śpiewanym. Zdziwiłem się, bo Taco z tym szalonym (bo w przypadku Taco chyba nie potrafię tego inaczej określić) autotunem brzmi tak jakoś… inaczej? Jakby trochę wykraczało to poza nasze polskie standardy. Taka Nostalgia równie dobrze mogłaby się urwać z amerykańskiego Billboardu. Ale to wciąż nasz polski Taco, którego za tę EP-kę będzie się albo lubić, albo troszeczkę nienawidzić. Skrajne odczucia wzbudza już sama Nostalgia, która poza irytującym komputerowym brzmieniem i tą całą przedziwną „drakeowatością”, pokazuje innego Taco. Takiego bardziej poza schematami. I takim też albumem jest Szprycer – innym i dużo ciekawszym.


Kończąc już temat Nostalgii, postrzegam ją trochę jak taki koszmarek na tej EP-ce. Piosenkę odważną, ale mimo wszystko poważnie rozczarowującą. Chyba najbardziej brzmieniem. Jednak pierwsze niekoniecznie dobre wrażenia szybko zaciera znakomite Chodź wyprodukowane przez Zeppy Zep, w którym Taco jest starym dobrym Taco, niepozbawionym oczywiście elektronicznego zacięcia. Tlen, wyrastający powoli na najpopularniejszą piosenkę z albumu, to przede wszystkim świetny refren, niosący swoim klimatem i bitem. Po pierwszym razie chciałoby się od tego refrenu czegoś więcej, ale z czasem okazuje się, że to więcej jest tam zupełnie niepotrzebne. Brzmieniowym bliźniakiem Nostalgii jest Głupi Byt – bardziej wyrazisty i w skutkach znacznie ciekawszy. Po dodaniu do tych dwóch piosenek I.S.W.T. – te trzy utwory są wręcz takimi brzmieniowymi trojaczkami, które pozwalają postawić Taco obok Drake’a (słucha się tego równie dobrze, co Wiatru z Wosku). Na tle dotychczasowych dokonań Taco inaczej brzmią również nieco ponad dwuminutowe elektroniczne 35, lekko podkręcone Dele oraz – ponownie wyłamujące się poza polskie schematy – Saldo ‘07. Przy wszystkich nowych piosenkach artysty, Karimata (Mute) brzmi – najprościej w świecie rzecz ujmując – zupełnie zwyczajnie. Tradycyjnie i ze smakiem.

Spośród wszystkich dotychczasowych wydawnictw Taco Hemingwaya, Szprycer okazał się największym brzmieniowym zaskoczeniem i jednocześnie pozostawił po sobie największy znak zapytania. To bez wątpienia płyta, której trzeba dać szansę, a jeżeli nie skorzysta ona z pierwszej, warto zaryzykować i dać jej drugą. Bo to nie tylko płyta okraszona nazwiskiem jednego z największych fenomenów na polskiej scenie muzycznej ostatnich lat, ale przede wszystkim wydawnictwo, na którym Taco Hemingway zaryzykował. Takie inne i w tej swojej inności naprawdę bardzo dobre. Subiektywnie chyba lubię Szprycera. Tylko się nie mogę po prostu przyzwyczaić do tego innego Taco. Dorzućcie do tej oceny malutkiego minusa.




foto: outrave.pl

Komentarze