Sztuka w sztuce sztuką, czyli kilka słów o wystawie „Sztuka w sztuce” w krakowskim MOCAK-u


Po bardzo intrygującej wystawie Gender w sztuce i momentami odpychającej Medycynie w sztuce, w krakowskim MOCAK-u zagościła wystawa Sztuka w sztuce. W odróżnieniu od poprzednich, ta niekoniecznie odnosi się do życia samego w sobie, ale do twórczości artystów, dokonując niekiedy polemiki z ich dziełami, ale również ingerując w nie i zmieniając ich główne znaczenia. Podstawowe pytanie, jakie stawia przed nami nowa wystawa czasowa krakowskiego Muzeum Sztuki Współczesnej, porusza temat używania cudzej sztuki – niekiedy nawet kanonicznych arcydzieł – we własnej twórczości. Czy takie działanie może prowadzić artystę do stworzenia świeżej artystycznej perły? I choć żadne z zaprezentowanych dzieł pojedynczo nawet nie ociera się o użyte przeze mnie chwilę wcześniej pojęcie artystycznej perły, to jak najbardziej Sztuka w sztuce jest wystawą świeżą, intrygującą i angażującą odbiorcę.

Wystawę można podzielić na trzy części, które nieszczególnie są wyodrębnione w samej przestrzeni muzealnej, ale niekoniecznie też spisuje to samą wystawę na straty, bo gdyby wszystko było dokładnie poukładane, a działania artystów odpowiednio posegregowane, zmalałby również angaż odbiorcy. Pierwsza z nich to dzieła, w których twórcy prowadzą widoczną polemikę z dobrze znaną nam sztuką. Polemika ta nie wiąże się jednak z samą formą, ale również z konceptem tej sztuki, niekiedy stawiając go w prześmiewczym świetle. Druga z nich to kreacja, w której artyści tworzą swoje prace na podobieństwo innych, bądź – całkowicie na odwrót – uwspółcześniają kultowe dzieła i dodają im atrybuty szeroko rozumianej nowoczesności. Trzecia, ostatnia część to ingerencja twórców, związana ze zmianami wprowadzanymi w inne dzieła oraz również ich niszczeniem. 


Ciężko jednoznacznie zdecydować, która z części wystawy jest najlepsza, jednak spośród każdej z nich można wybrać ich najlepsze punkty. Nie da się przejść obojętnie obok dziecięcego łóżeczka, którego ściany inspirowane są kompozycjami Pieta Mondriana. Ojcowie awangardy II autorstwa Grzegorza Sztwiertni, w której twórca pokazuje, jak zmiana kontekstu dzieła sztuki awangardowej, spłyca jego wydźwięk, a walory estetyczne zaczynają przeważać nad jego walorami konceptualnymi. Praca ubogacona jest o ścieżkę dźwiękową Ursonata Kurta Schwittersa, która podobnie jak kompozycje Mondriana, zostaje przeniesiona w zupełnie inną przestrzeń oraz kontekst i w skutkach pozbawiona pierwotnego sensu. Zaciekawienie wzbudzają również rzeźby, których oryginały możemy obserwować w muzeach pokroju chociażby Luwru. W MOCAK-u wystylizowane są one na wzór współczesnych młodych ludzi, przez co Zeus, pojawiający się zresztą na plakatach promujących wystawę, przypomina bardziej modnego mężczyznę popularnego typu „drwal”, niż panującego nad całym światem greckiego boga. Hipsters in Stone, czyli polscy Hipsterzy z kamienia, autorstwa Leo Caillarda to fotomontaże, do których wykorzystane zostały zdjęcia autentycznych dzieł. Zmieniają one nie tylko nasz pogląd na sakralną otoczkę wokół tych dzieł, ale zupełnie również modyfikują postrzeganie samych przedstawionych postaci. Spośród artystycznych ingerencji, największe wrażenie robią te, w przypadku których mamy do czynienia z ingerencją dość konkretną i zauważalną. Najważniejsze w tej kwestii wydają się trzy kompozycje Nicoli Samoriego, którego ekspresyjne gesty powodują, że jego prace sprawiają wrażenie dzieł zniekształconych, a niekiedy nawet celowo zniszczonych. Nawiązanie do malarstwa epoki baroku wydaje się nieprzypadkowe (bardzo częste widoczne w jego pracach połączenie życia codziennego, czyli człowieka i tego, co wyższe, czyli religijności i boskości), a sam autor sygnalizuje niedostępność dawnych obrazów i niemożliwość powrócenia do ich dawnej formy.


Najbardziej angażujące dla odwiedzających i jednocześnie jakby najciekawsze oraz zastanawiające wydają się jednak stworzone miniatury z wnętrz zagranicznych muzeów. Jedną z nich jest miniatura Luwru, w której niebezpiecznie można się spotkać wzrokiem z drugą osobą, która z drugiej strony zagląda do środka dzieła, bo idąc za tytułem serii prac Tezi Gabunia, każdy wkłada głowę do galerii. Zabawnym akcentem za to wydaje się obecność innej wersji Damy z gronostajem Leonarda da Vinci. Praca, która trochę przypomina Monę Lisę z wąsami Duchampa – również pod względem dużego zainteresowania, która ta wzbudza w paryskim Centre Pompidou. Patrząc szczególnie przez pryzmat pojawienia się oryginału dzieła w Muzeum Narodowym w Krakowie, dama włoskiego malarza pozbawiona swojego zwierzęcego atrybutu, wydaje się prawie takim samym zagraniem wobec odbiorcy, jak Mona Lisa z dorysowanymi wąsami – jest ciekawym krokiem w stronę odbiorcy i takim niegrzecznym, ale jednocześnie bardzo lubianym przez niego pstryknięciem w nos.

Wystawie Sztuka w sztuce brakuje jednak elementu, który spowodowałby, że postrzega się ją jako coś wyzywającego widza i wprowadzającego go w jakąś sferę dyskomfortu. Boryka się z podobnym problemem, co jedna z wcześniejszych wystaw MOCAK-u Medycyna w sztuce, która wzbudzała w odbiorcy odczucie odepchnięcia, ale jednocześnie brakowało jej konkretności. Była to przede wszystkim bardzo bezpieczna przestrzeń muzealna, w której odbiorcy nic nie zagrażało. Zupełnie inaczej było w przypadku Gender w sztuce, kiedy niejednokrotnie łamane było tabu, a artyści przekraczali granicę sfery poczucia bezpieczeństwa. Ponadto niektóre z tych dzieł, oprócz wyzywającego charakteru, miały w sobie charakterystyczność, o której nie da się wręcz zapomnieć i na samą myśl o wystawie, od razu wygrzebuje się je z pamięci (wystarczy wspomnieć tutaj Sztukę konsumpcyjną Natalii LL czy Autoerotique Daniela Rumiancewa, które przekraczały bariery poznania u odbiorcy). Wystawie Sztuka w sztuce bliżej jednak właśnie do wcześniejszej Medycyny i choć nie można jej odmówić charakterystyczności (popiersia rodem ze starożytnej Grecji wystylizowane na modę współczesnych hipsterów, w których królują lenonki i wyeksponowane drwalowe brody, stały się chyba cechą rozpoznawczą tej wystawy), to brakuje jednak dzieł, które wytrącałyby człowieka z komfortu, a może nawet wprowadzały w pewien niepokój. Nawet kompozycje wcześniej wspomnianego Nicoli Samoriego, który ingeruje w sztukę barokową, nie są ingerencjami na tyle silnymi, by wywrzeć na odbiorcy jakieś silniejsze emocje. Mimo że można stwierdzić, że liczy się gest, to czasami te gesty wydają się za słabe i takie właśnie one są w przypadku wystawy Muzeum Sztuki Nowoczesnej MOCAK w Krakowie.

Czy sztuka w sztuce może być sztuką? Krakowski MOCAK nie pozostawia najmniejszej wątpliwości i otwarcie sugeruje odbiorcy, że tak. W swojej bardzo spójnej i – wciąż – trochę jednak bezpiecznej wystawie, zgromadził artystów, którzy czerpią zarówno z przedstawiciela polskiego akademizmu Jana Matejki i jego zachwycającej Bitwy pod Grunwaldem oraz kultowych arcydzieł sztuki międzynarodowej, w której króluje Dziewczyna z perłą Jana Vermeera, na którą niejednokrotnie można się natknąć w przestrzeni muzealnej. Prace te przenoszą tradycyjnie rozumianą sztukę w nowe konteksty, sprawiając, że nadaje się im nowe znaczenia. I kiedy wydawać by się mogło, że o Damie z gronostajem Leonarda da Vinci powiedziano już wszystko, arcyciekawą wariacją na tematy dotyczące tego dzieła, okazuje się pozbawienie jej zwierzęcego atrybutu, które przenosi to dzieło w zupełnie inne konteksty. Ujmowanie sztuki w sztuce to takie błędne koło. Ciągłe pokazywanie nowego oblicza tradycyjnych dzieł, które wydają się już pozornie wyeksploatowanymi tematami. Czasami nawet uwydatnianie fenomenu pierwowzoru i oddawanie mniejszej lub większej czci jego kanoniczności. To błędne koło jest niezwykle fascynujące, a fascynuje w nim przede wszystkim nieskończoność artystycznych gestów i możliwych akcji.

Komentarze