Zerwanie z jedzeniem – recenzja filmu „Aż do kości” (2017)


Temat anoreksji jest tematem nie tylko bardzo trudnym w życiu, ale również w świecie filmu. Nie wystarczy wyeksponowanie jedynie wystających żeber, podkrążonych oczu i innych jej fizycznych oznak. Bo takie obrazy już nie szokują. Może nie oglądamy ich codziennie, ale są nam one wystarczająco dobrze znane, by nie robiły na nas wielkiego wrażenia. W filmach, oczywiście. W życiu wciąż jest jednak inaczej. Netflix, po ostatnim dość dużym sukcesie filmu Okja (o którym pisałem tutaj), podejmuje się tego tematu i po wcześniejszej światowej premierze na Festiwalu w Sundance, zaprezentował Aż do kości całemu światu.

Historia Ellen opiera się na jej zaburzeniach odżywania, które spotęgowane są przez samobójstwo jednej z czytelniczek jej tumblra. Tradycyjne metody okazują się całkowicie nieskuteczne, a dziewczyna wciąż tkwi w chorobie, która ją fizycznie wyniszcza. Macocha Ellen decyduje się, by poddać dziewczynę eksperymentalnej kuracji, która spowoduje, że odrodzi się w niej nie tyle miłość, co chociaż chęć do jedzenia. Prosto z mostu rzecz ujmując, Aż do kości jest filmem bardzo prostym. Sztampowym, wpisującym się w typowe kino skrojone wręcz po Sundance. Czuć w nim trochę niezależności, a jednocześnie tkwi trochę w polu „typowego amerykańskiego filmu”, odkrywając kolejne karty historii tak, jak widz mógłby się tego spodziewać. Najwięcej jest o jedzeniu, a właściwie niejedzeniu. Nie brak też nuty miłości, albo raczej zauroczenia. Są sprzeciwy, bunty, tragedie i ta pierwszorzędna wręcz walka. Oglądamy siniaki bohaterki, podkrążone oczy. Sekrety, które pojawiają się między mieszkańcami domu dla osób z zaburzeniami. Aż do kości skupia się jednak na tym, że nieważne jak bardzo będą walczyć ludzie naokoło, nigdy nie wywalczą za nas tego zwycięstwa. Anoreksja wydaje się przeszywającym tłem do opowiedzenia o uniwersalnej, niesprecyzowanej chorobie czy uzależnieniu i tej wewnętrznej bitwie.


Pomimo tej prostoty, Aż do kości ma bardzo bogate zaplecze emocjonalne i to właśnie nim film przekonuje oraz porusza. Sztampowość i właściwie nie wnoszenie niczego nowego do tego typu kina, a więc coś w rodzaju pewnego bezpieczeństwa, zostają właściwie zupełnie zatarte przez to, co film ostatecznie robi z odbiorcą. I tego wrażenia nie niszczą ani schematyczne posunięcia, ani niezbyt odkrywcze obrazy, ani nawet to trochę naciągane, trochę dziwne zakończenie. Duża w tym zasługa Lily Collins, która przeszła na ekranie prawdziwą metamorfozę i nie mam tutaj na myśli tylko jej fizyczności, ale również metamorfozę jej aktorstwa. Raczej nikt nie spodziewał się po niej aż tak dojrzałej roli, w której mrozi nawet to obojętne, a czasami nawet błędne spojrzenie.

Nie zgodzę się z głosami, że to film dla ludzi, którzy o zaburzenia odżywiania chociaż trochę się otarli. Idąc tym rozumowaniem, każdy film, niezależnie czy o chorobie czy niespełnionej miłości, działałby w podobny sposób i oczywiście działa, jeżeli jakaś historia ociera się o nasze życie, ale jest to właściwie żaden argument „za” czy „przeciwko” danemu filmowi. Choć to porównanie tutaj nie powinno paść, ale padnie ze względu na towarzyszącą obu filmom markę Netflixa, stawiając ten tytuł obok intrygującej Okji, wyżej, mimo wszystko, umieściłbym Aż do kości. Za emocje, które w tej prostocie naprawdę niejednokrotnie uderzyły.




foto: telemagazyn.pl

Komentarze