Muzyczne pragnienie życia – recenzja płyty „Lust for Life” Lany del Rey


Kilka lat temu zaskoczyła cały świat swoim niskim hipnotyzującym głosem, który idealnie współgrał z melancholijnymi melodiami. Jej debiutancki krążek Born to Die okazał się bardzo spójną płytą, która pozostawiła w swoim cieniu dwa kolejne albumy artystki – Ultraviolence oraz Honeymoon. Po dwóch latach od dość przeciętnej trzeciej płyty, Lana del Rey oddaje w nasze ręce Lust for Life – album, który nie dorasta do pięt temu debiutanckiemu, ale biorąc pod uwagę dwa wcześniejsze krążki artystki, zdecydowanie bliżej mu do szczytowej formy z Born to Die.

Problemem Lany del Rey jest to, że po ujawnieniu światu swojego fenomenu na debiutanckim albumie, dwa kolejne nie tylko nie pokazały niczego nowego, ale przede wszystkim owiały twórczość artystki aurą bezpłciowości, zabijając tym samym na starcie nudne Ultraviolence i jeszcze nudniejsze Honeymoon. Niby Lana ciągle czarowała głosem, ale w tym czarowaniu brakowało jakiegoś konkretu, który pozwoliłby tej magii porywać. Na Lust for Life nareszcie się udało, a Lana w niektórych piosenkach hipnotyzuje równie mocno, co na debiutanckim Born to Die. Mam tutaj na myśli już bardzo ciekawy singiel Love, który urzeka od pierwszych dźwięków swoim filmowym klimatem. Najlepsze na płycie White Mustang nareszcie prezentuje zadziorniejszą muzycznie stronę Lany, jednocześnie nie pozbawiając jej charakterystycznej lekkości. Poprzedzające je seksowne Cherry jest chyba najbardziej wyrazistą piosenką na płycie. Bardzo dobrze słucha się okraszonego elektroniką 13 Beaches, a pomiędzy ciągiem świetnych piosenek od Lany znajdziemy kolejną kolaborację z The Weekend – bardzo lekkie muzycznie tytułowe Lust for Life. Niespodzianki od Lany kończą się na wakacyjnym Summer Bummer, a pozostałe piosenki choć czerpią trochę z tego, co na Lust for Life najlepsze, niebezpiecznie kierują się w stronę tego, czym przez ostatnie lata Lana del Rey zdążyła nas już znudzić.

Czwarty album artystki jest bezsprzecznie dość dużym krokiem do przodu. W jej muzyce pojawia się życie, którego pragnienie objawia się w tytule albumu. Lana del Rey ucieka poniekąd od przesadnego muzycznego marzycielstwa i uderza w znacznie wyrazistsze tony, które słychać w prawie każdej piosence z Lust for Life (oczywiście raz trochę bardziej, raz trochę mniej). Nie ma jednak na tej płycie jakiegoś przełomu, którego życzyłbym sobie na czwartej płycie. Jest bezpiecznie. Tak, jak Lana zdążyła nas przyzwyczaić. Powoli, z pewnym żalem i melancholią. Są tutaj jednak momenty niemal doskonałe jak White Mustang. Momenty, których brakowało chociażby na Honeymoon



foto: hellogiggles.com

Komentarze