Od czystej heroiny do muzycznego melodramatu


Pojawiła się na wielkiej scenie muzycznej, gdy miała 17 lat. Wydała EP-kę, a dosłownie chwilę później album Pure Heroine, który okazał się wielkim sukcesem komercyjnym na całym świecie, lansując nie tylko takie przeboje jak Royals czy Team. Ta niepozorna dziewczyna z Nowej Zelandii została okrzyknięta księżniczką alternatywnego popu, by później wystawić cierpliwość swoich fanów na dość ciężką próbę. Po czterech latach oczekiwania na kolejny krążek Lorde, artystka powróciła z nowym, dużo dojrzalszym albumem i… zmieniła się, prawie nie do poznania.

Kiedy stacje radiowe prześcigały się w puszczaniu bardzo muzycznie skromnego, ale niezwykle chwytliwego Royals (piosenka pojawiła się nawet w ramówce jednej z polskich telewizji!), Lorde w jednej sekundzie wskoczyła na szczyt. Powiedzieć, że Pure Heroine spotkało się z ciepłym przyjęciem, to tak jak nazwać Royals piosenką sezonową. Poza nominacjami do nagrody Grammy i ponad półtora miliona sprzedanych kopii, Lorde napisała przede wszystkim płytę, która trafiła do serc milionów ludzi na całym świecie. Jedni oskarżali Pure Heroine o pewną muzyczną monotematyczność, drudzy – definiowali ją jako debiut niewiarygodnie spójny i bardzo dojrzały, co w przypadku debiutów zdarza się dość rzadko. Oskarżenia nie były oczywiście bezpodstawne. Osoby, które lubią brzmieniową różnorodność, na Pure Heroine znalazły większość utworów z dość charakterystycznym dla Lorde beatem (z drugiej strony, różnorodności można szukać na wakacyjnych składankach, a nie na albumach konkretnego artysty, chociaż rodzi się pytanie, czy wakacyjne piosenki faktycznie są różnorodne). Odczucie to potęgował również unikalny wokal Lorde, przez co Pure Heroine praktycznie przez cały czas brzmiało dla wielu ludzi jak zestaw kilkunastu praktycznie identycznych piosenek. Tych „wielu ludzi” to wciąż jednak znaczna mniejszość odbiorców debiutu Lorde. Nastolatki, która wkroczyła z przytupem na scenę muzyczną i zniknęła.


Pomijając nadzorowanie wyboru piosenek do soundtracku filmu Igrzyska śmierci: Kosogłos – część pierwsza w 2014 roku oraz nagranie promującego soundtrack singla Yellow Flicker Beat (to chyba najbardziej niedoceniona piosenka w dotychczasowej karierze Lorde i zdecydowanie jedna z najlepszych) i gościnny występ w innej piosence z wydawnictwa Meltdown, o artystce ucichło. Rok później pojawiła się gościnnie w piosence Magnets duetu Disclosure. Od czasu do czasu odzywała się do fanów na swoim Instagramie. Czasami mówiono o niej co nieco raczej w kategorii pytania, gdzie się ta Lorde podziewa. W 2016 roku, przypomniała na chwilę o sobie świetnym występem ku czci Davida Bowie podczas BRIT Awards. Ale wciąż na horyzoncie brakowało jakiejkolwiek zapowiedzi nadchodzącego drugiego albumu. Kiedy fani z coraz mniejszą nadzieją czekali, ludzie spod znaku „lubię Lorde” powoli w pojawienie się drugiego albumu zaczęli wątpić, Lorde po cichutku żyła swoim życiem. Korzystała z niego. Doświadczała nowych rzeczy czy emocji. Dojrzewała, tak po prostu. Skutkiem tego dojrzewania jest właśnie Melodrama.


Wszyscy – łącznie ze mną – zadrżeli, kiedy światło dzienne ujrzał pierwszy singiel Green Light. Było bardziej popowo niż zwykle. Trochę tanecznie w nocnym klimacie. W pewnych momentach tak, jakby Lorde obejrzała kilka razy za dużo oscarowy La La Land (to pianino, no wypisz wymaluj!). Z bardzo dojrzałym tekstem, ale jednak prościej niż dotychczas, bo jakoś tak wprost o tej miłości. Później zaprezentowała skromną i bardzo klasyczną balladę Liability, która wręcz nie pasowała do wszystkiego, co przed Melodramą pokazała Lorde. Tak jak zresztą i cała Melodrama. Po ponad dwóch miesiącach od premiery „albumu sprawdzianu”, bez wątpienia można powiedzieć, że Lorde ten sprawdzian zdała. Co więcej, zmagania zakończyła z piątką z mocnym plusem. Lorde nagrała album inny, który niekoniecznie można nazwać albumem słabszym, ponieważ podobnie jak Pure Heroine, niekiedy ociera się o perfekcję. Lorde przestała być już taką szarą myszką. Melodrama to album dojrzałej kobiety artystki, czego nie trzeba szukać nawet w tekstach piosenek – wystarczy posłuchać takich utworów jak The Louvre (ciężko w to uwierzyć, że w tym utworze swoje palce maczał sam Flume) czy Homemade Dynamite, które jest niemal doskonałe. Melodrama jest dopracowanym albumem w prawie każdym calu, zaczynając na muzyce i warstwie tekstowej, kończąc na samym wydaniu i występach towarzyszących promocji płyty.


I teraz pozostaje pytanie, która Lorde jest lepsza? Ta z bardziej surowego Pure Heroine, dzięki któremu rozkochała w sobie świat swoją szczerością i nastoletnim pazurem, czy ta z Melodramy, na której jest już prawdziwą artystką, pozbawiającą się muzycznej sfery bezpieczeństwa. Myślę, że to dopiero pierwsze dwie z wielu twarzy, które jeszcze pokaże przed nami ta obecnie dwudziestojednoletnia Nowozelandka. Wreszcie David Bowie nazwał ją przyszłością muzyki, a jak wiadomo Bowie słynie z wielowymiarowego pomysłu na swoją twórczość i prezencję. Byleby każda kolejna twarz Lorde była co najmniej tak samo dobra, jak te poprzednie. A Wy? Wolicie Lorde z czasów Pure Heroine czy tegorocznej Melodramy?


foto: hellogiggles.com

Komentarze