Od nienawiści do miłości, czyli jak to ze mną i Ralphem Kaminskim było


Bywam surowy wobec debiutantów. Ciężko mnie do siebie przekonać, choć młodych i przede wszystkim świeżych artystów lubię poznawać i gdybym tylko mógł, niejednego z nich chciałbym wypromować szerszej publiczności. Debiutantom daję kilka szans i z tych szans skorzystali The Dumplings, od których nie potrafię się uwolnić, a pierwsze spotkanie z Nie słucham nie należało do spotkań najprzyjemniejszych, Piotr Zioła, czyli najlepszy polski debiut ubiegłego roku (lubiłem w Przyjmij brak, początkowo nie mogłem słuchać piosenki Podobny), czy nawet Banks, która po czterech latach mojej artystycznej miłości z jej muzyką, stała się dla mnie królową dark popu. Zdarza mi się niestety bezpodstawnie skreślić kogoś już po pierwszym spotkaniu. Ofiarą mojej „jednej szansy” stał się właśnie Ralph Kaminski.

Długo przed premierą debiutanckiego albumu Morze, usłyszałem piosenkę Podobno, która później stała się singlem promującym album Ralpha. Włączyła mi ją totalnie zauroczona współlokatorka. Zapewne liczyła również na zauroczenie z mojej strony, jednak ostatecznie tego zauroczenia zabrakło. Zabolała mnie w tym wszystkim nijakość, która gryzła się z wrażliwością ukrytą w głosie oraz samą charyzmą wynikającą z prezencji Ralpha. Zabrakło mi jakiegoś muzycznego konkretu, który pozwoliłby mi Ralpha Kaminskiego zapamiętać. Rzucił mi się w oczy za to sam artysta, będący od samego początku postacią niezwykle charakterystyczną i inną, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ale to nie wystarczyło. Zapomniałem.


Później swoją premierę miało Zawsze. Nie posłuchałem, bo wciąż w pamięci miałem nieszczęsne pierwsze spotkanie, które wzbudziło we mnie bezlitosne odczucie rozczarowania, z którym nie potrafiłem wygrać. Teraz powiedziałbym inaczej – po prostu nie chciałem. Kolejne Meybick Song odtworzyłem, ponieważ ktoś napisał, że teledysk inspirowany jest twórczością Xaviera Dolana, a jak wiadomo – gdzie Dolan, tam ja. I znowu się rozczarowałem, bo choć teledysk był bardzo kolorowy, z queerowym zacięciem (później zresztą był jedną z moich propozycji do Nocy Wideoklipów w ramach 57. Krakowskiego Festiwalu Filmowego i – co więcej – ostatecznie znalazł się w jej repertuarze), to niewiele tam widziałem z Dolana. Może coś z niego tam było, ale to nie był taki Dolan w Dolanie. Zresztą moja wypowiedź na jednym z portali muzycznych została skwitowana słowami, że „każdy widzi to co chce” oraz bezlitosnym uśmieszkiem nienawiści.

W listopadzie 2016 roku swoją premierę miało debiutanckie Morze, które włączyłem z kilkutygodniowym opóźnieniem. Gdzieś w tle towarzyszyło mi rozgoryczenie po moim dolanowym rozczarowaniu, ale głównie zainteresowała mnie ciekawie zrealizowana okładka, prezentująca charyzmatycznego artystę. Niebezpiecznie utożsamiałem ją z okładką Joanne Lady Gagi, choć to podobieństwo wynikało właściwie jedynie z obecności na nich zdjęć zrobionych z profilu (tyle że okładka Ralpha jest lepsza, bo jest mroczniejsza i dużo bardziej tajemnicza). Piosenki przeskakiwałem. Zatrzymałem się na Zawsze, do którego trochę się przekonałem, a później dopiero na Meybick Song, które naprawdę mi się podobało. Ale wciąż byłem bardziej na „nie”. Zupełnie nie czułem Ralpha jako artysty.

Wiosenną trasę koncertową Ralph Kaminski & My Best Band in the World Tour zwiastowała akustyczna wersja Lights, wcześniej nagrana we współpracy z producentem MaJLo, którą – jak na moje wcześniejsze muzyczne przygody z Ralphem Kaminskim – słuchałem dość często. Była dobra i miała konkretność, której dotychczas brakowało mi w muzyce artysty. Nic nie zapowiadało jednak tego, że trafię na jego koncert w krakowskim klubie Szpitalna 1. Ale trafiłem, za namową mojej przyjaciółki, która też do Ralpha nie była przekonana, ale – podobnie jak on – pochodzi z Jasła. Czuła się zobowiązana, ciekawa, więc i ja się poczułem. Przyszedł czas, by po tym przydługim wstępie, przejść do sedna i narodzin muzycznej fascynacji, na które potrzebowałem półtorej godziny niepowtarzalnego koncertu.


W Krakowie Ralph Kaminski wystąpił w marcu, więc w przyszłym miesiącu minie od tego koncertu już pół roku. Tuż po nim często wspominałem, że był to występ niezapomniany. Powiedziałem chyba nawet niejednokrotnie, że jeden z najlepszych, w jakich miałem przyjemność uczestniczyć. Ale największą siłą tego koncertu było przede wszystkim odkrycie Ralpha Kaminskiego, jakiego wersje studyjne jego piosenek nie pozwoliły mi odkryć. Bo podczas słuchania, nie widziałem tego najważniejszego – samego wykonawcy, zapełniającego każdą poszczególną lukę konkretności w piosenkach. Na płycie Morze tym nieodkrytym konkretem jest właśnie Ralph Kaminski i jeżeli – tak jak ja – nie potrafiliście odkryć tego podczas spotkania z albumem, dostaniecie muzyczno-artystycznego olśnienia dopiero na koncercie.

Jak opisałbym Ralpha Kaminskiego? Tuż po koncercie, w mediach społecznościowych napisałem, że to „niezwykle wrażliwy i ujmujący człowiek”. Dodałbym jeszcze, że pełen charyzmy i – jak na fonograficznego debiutanta – bardzo pewny swojej wizji artystycznej i pomysłu na swoje występy. Ze sceny wylewało się ciepło, nawet wtedy, gdy na początku wyszedł w długim ciemnym płaszczu i wykonał kilka ballad ze swojego albumu, zaskakując każdego klimatem koncertu. Później dużo tańczył (ach te charakterystyczne kocie ruchy, które wręcz zarażały pod samą sceną), zachwycał swoim wokalem, zmiótł z powierzchni Ziemi Piotra Ziołę, gościa specjalnego koncertu, w jego własnym utworze, a później zszedł ze sceny i przez moment tańczył z publicznością, by ostatecznie chyba kilkanaście razy zaśpiewać refren piosenki Zawsze.

Nie muszę dodawać, że tak jak w jednym momencie zakochałem się w Ralphie Kaminski i My Best Band in the World, tak samo zakochałem się w debiutanckim Morzu, z singlem Podobno włącznie. Kończąc już, wróciłbym jeszcze do tej luki, którą czułem w wersjach studyjnych i którą był sam Ralph Kaminski oraz jego fizyczna nieobecność na płycie. Jego osobowość sceniczna oraz sposób wyrażania na scenie muzyki jest niezbędnym dookreśleniem całej jego twórczości. Bez tego Morze – po koncercie bezsprzecznie debiut zawierający w sobie niejedną perełkę – jest albumem niekompletnym. I tak też do dnia koncertu postrzegałem wszystko, co z Ralphem Kaminskim było związane. Z tym głosem, z którego płynie ujmująca wrażliwość, przy której się rozpływam, niezmiennie od jakiegoś czasu. Jeszcze debiutant, ale w przyszłości zapewne wielki artysta. Jeżeli nie słuchaliście, posłuchajcie, a jeżeli macie podobne obawy do moich, koniecznie wybierzcie się na koncert i doświadczcie tego, co w Ralphie Kaminskim jest najlepsze. Bo choć nienawiści tutaj nie było, a w tytule znalazła się ona trochę na wyrost, to być może i Wy powtórzycie to moje „od nienawiści do miłości”. Tego też Wam życzę.

Powstał z tego trochę wywód w stylu „mój drogi pamiętniczku”…


foto: takduzogenialnejmuzyki.pl

Komentarze