Wszystko jest kwestią czasu – recenzja filmu „Frantz” (2016)


Od ubiegłorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji minął już prawie rok, a czarno-biały Frantz Françoisa Ozona dopiero teraz pojawia się w dystrybucji w polskich kinach i dzieje się to – co zabrzmi już w ogóle ekstremalnie – na trzy tygodnie przed pojawieniem się jeszcze nowszego filmu reżysera w Polsce. Frantz jest melodramatem bardzo niekonwencjonalnym, bo jednak niewiele się w nim mówi o miłości. Uczucie to przejawia się w zupełnie innych kategoriach niż w tradycyjnych melodramatach. To film o sile czasu, który potrafi zatrzeć właściwie wszystko. Umożliwia zapomnieć i… wybaczyć.

Frantz to imię poległego na wojnie ukochanego Anny, która teraz codziennie chodzi na jego grób, by złożyć na nim kwiaty. Kobieta cieszy się jego nieodczuwalnym fizycznie towarzystwem. Pewnego dnia spotyka tam mężczyznę, który podaje się za francuskiego przyjaciela jej zmarłego ukochanego. Pomiędzy Francuzem a Niemką – tuż po zakończeniu I wojny światowej – rodzi się osobliwa więź, która jest zalążkiem wyjątkowego melodramatu. Jego wyjątkowość wynika przede wszystkim z tego, że oboje pochodzą z dwóch odrębnych światów. Dwóch narodowości, które zostały przez wojnę podzielone. Łączy ich niezdefiniowane uczucie do Frantza – w jej przypadku jest to miłość kobiety do mężczyzny, w jego przypadku – bardziej poczucie winy, choć poniekąd również wykreowana przez Adriena przyjacielska miłość. Łączy ich niezdefiniowana, bardzo niejednoznaczna relacja, której nie można nazwać miłością. Bardziej może szukaniem szczęścia? Bo to chyba nawet nie jest dążenie do niego. Szczęścia, które przez każdego z nich rozumiane jest zupełnie odmiennie. Nie jest to więc szukanie wspólne. Ich los jakby się przeplata, ich ścieżki niejednokrotnie się krzyżują, ale są to działania bardziej indywidualne. Poddane czasowi, który potrafi zamazać wszystkie rany.


Ozon nie popełnił na pewno filmu o ludzkim przemijaniu. Bardziej chodzi tutaj o przemijanie pewnych emocji. Przywiązania do drugiego człowieka. Radzenia sobie z jego śmiercią. Pogodzenia się z czyimś kłamstwem i oszustwem. I może brzmieć to zupełnie zwyczajnie, ale Ozon mimo wszystko pozbawia swój film zwyczajności. W tej historii o zapomnieniu pewnych rzeczy i wiążącym się z nim przebaczeniu, fascynują kolejne kroki bohaterów oraz powiązane z nimi poświęcenie oraz pewna nieufność. W tej sile czasu pojawiają się pewne iskierki, które naprowadzają nas na moment na uczucie miłości, ale w tym melodramacie ani przez chwilę chyba z prawdziwą miłością nie mamy do czynienia. Bardziej z zamianą. Z zastąpieniem jednej osoby drugą. Bo Adrien przez moment staje się dla Anny takim zmartwychwstałym Frantzem, a sam Frantz odbiciem ideału, który ostatecznie przybiera twarz Adriena. Być może dlatego ich „osobliwa relacja” nie mogła być „relacją stricte miłosną”.

Niejednoznaczność w relacji dwójki głównych bohaterów to przede wszystkim zasługa świetnego francusko-niemieckiego duetu aktorskiego, od którego bije tajemniczość i niebezpośredniość wyrażania emocji. Zarówno Paula Beer (nagrodzona w Wenecji nagrodą dla najbardziej obiecującej aktorki), jak i Pierre Niney tworzą więź, w której jasne jest jedynie wspólne bycie w skomplikowanej, wielowymiarowej relacji. Sam Frantz wyrasta w tym momencie na jeden z najważniejszych filmów, które w tym roku będzie można zobaczyć w polskich kinach. Intrygując i przeszywając. Grając emocjonalnie z widzem czarno-białym smutnym życiem codziennym dwójki ludzi, których połączyła poległa na wojnie osoba. François Ozon stworzył film niemal genialny.









Frantz znalazł się pośród pięciu najciekawszych premier tych wakacji. 
Sprawdźcie pozostałe! 



foto: imdb.com

Komentarze