Biegnij Tim, biegnij – recenzja filmu „Odwet” (2016)


Dobrych filmów, które zgrabnie i bez uproszczeń pokazują problemy młodych ludzi oraz ich bezwzględność, jest ostatnio niewiele. Wspominam zawsze jedynie dwa – estońską Naszą klasę i duńskie Przytul mnie, które zrobiły na mnie porażające wrażenie zawartą w nich prawdą oraz uderzeniem w sedno problemu. Po tegorocznym debiucie Rafała Kapelińskiego Butterfly Kisses, które podejmowało temat pedofilii, ciężko było się spodziewać, że w kinie zaangażowanym w problemy młodzieży pojawi się jakieś większe zaskoczenie. Pojawił się jednak Odwet oraz inny reżyser-debiutant.

Tim jest utalentowanym byłym sportowcem. Po tym jak porzucił treningi, oddał się chemii i tworzeniu eksperymentów, nad którymi pracuje wraz ze swoim przyjacielem w odosobnionym miejscu. Chłopcom bezsprzecznie na sobie zależy. Obaj są celem tych samych oprawców. Po traumatycznym wydarzeniu w życiu Tima, chłopak decyduje się na powrót do biegania i zemstę na szkolnych dręczycielach. Yan England – reżyser filmu – od samego początku bazuje w Odwecie na pewnej niewiadomej, nie udzielając widzowi jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o relację dwójki chłopaków. Wątek LGBT jest początkowo wątkiem przemilczanym, w którym reżyser daje nam sygnały o emocjonalnym zżyciu Tima i Francisa, ale jednocześnie świadomie tych sygnałów nie rozwija, obrazując tym samym nie tylko strach przed nietolerancją ze strony rówieśników, ale przede wszystkim brak tolerancji przez samego siebie, nie mówiąc już o samoakceptacji. Odwet czerpie z dobrze już znanych motywów, takich jak ucieczka w normatywność, niezliczone próby wyparcia homoseksualizmu czy po prostu prześladowanie, fascynując głównie rywalizacją słabości i siły głównego bohatera. Nie ma pośród nich jednej dominanty, a raczej jesteśmy świadkami ciągłej zmiany dominującego, którą najłatwiej dostrzec już podczas decydujących zawodów. Homoseksualizm staje się w Odwecie siłą i słabością jednocześnie i ta walka w psychice głównego bohatera okazuje się u Englanda najciekawsza.

 

Zaprezentowany światu przed kilkoma laty przez Xaviera Dolana, najpierw w teledysku College Boy zespołu Indochine, a później w nagrodzonej w Cannes Mamie, Antoine-Olivier Pilon ponownie pokazuje aktorskie pazury, wyrastając na jedno z najważniejszych nazwisk aktorów młodego pokolenia. Pilon być może ponownie trochę szarżuje, ale udaje mu się trafić w sedno swojej postaci. Od występu w Mamie, nie stracił swojej gówniarskiej dzikości, która w Odwecie zadziałała równie mocno, a może nawet mocniej. Tim jest postacią zagubioną. Już po etapie uświadamiania sobie odmiennej orientacji, ale tkwiąca w ciągłych próbach godzenia się z nią. Pilon odnajduje się nie tylko w zagubieniu swojego bohatera, ale przede wszystkim w tej walce siły ze słabością, w której ostatecznym zwycięzcą okazuje się rozsądek, ocierający się o pomnikowe poświęcenie. I właśnie to zakończenie w Odwecie trochę jednak widza uwiera, bo England zaczyna pompować emocjonalny balon, który wybucha w sposób może nie najgorszy, ale na pewno niewłaściwy, pozostawiając po sobie ostateczne odczucie małej naiwności, poniekąd zrekompensowanej przez to, co reżyser ukrył dla widza tuż po finalnym rozstrzygnięciu historii.

We wstępie wspomniałem dwa najlepsze filmy ostatnich lat, podejmujące się problemów młodzieży – Naszą klasę i Przytul mnie. Kanadyjski Odwet śmiało można postawić obok nich. Najprawdopodobniej debiut Englanda niesprawiedliwie przejdzie przez polskie kina bez większego echa, a szkoda, bo to solidny dramat psychologiczny z emocjonującą nutą thrillera. Pozostało nam tylko czekać na kolejne wcielenia Pilona, bo być może na naszych oczach wyrasta nowa gwiazda francuskojęzycznego kina.









Za możliwość przedpremierowego seansu filmu dziękuję dystrybutorowi

http://www.tongariro.pl/


foto: materiały dystrybutora

Komentarze