Intymne stany po tragedii – recenzja filmu „Ptaki śpiewają w Kigali” (2017)


Najpierw aktorski sukces w Karlovych Warach, a później dość ciepłe przyjęcie na wrocławskich Nowych Horyzontach spowodowały, że ostatni film duetu Joanny i Krzysztofa Krauzów wyrósł na jeden z najważniejszych filmów Konkursu Głównego 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Choć nie jest to perła polskiego kina, a nawet jeden z najlepszych filmów gdyńskiego Festiwalu, bo – nie owijając w bawełnę – nie wszystko się w nim udało, wciąż pozostaje tytułem bardzo ważnym i istotnym.

Konflikt w Rwandzie powoduje, że losy dwóch kobiet krzyżują się ze sobą. Jedna z nich jest polską ornitolog, współpracującą w Afryce z uznanym naukowcem, który ginie w trakcie ludobójstwa. Druga – jest jego córką i otrzymuje pomoc od Anny, która umożliwia jej imigrację do Polski i – wiążącą się z nią – ucieczkę przed zbliżającą się śmiercią. Claudine staje przed problemem asymilacji, pragnąc jednocześnie powrotu w rodzinne strony i odnalezienia kogokolwiek bliskiego. Ptaki śpiewają w Kigali to historia dwóch zupełnie różnych kobiet, których relacja ewoluuje na przestrzeni kolejnych wspólnych przeżyć. Towarzyszą temu emocje od nienawiści do wdzięczności. Raz chcą sobie wzajemnie pomagać, raz wręcz przeciwnie. Wbrew pozorom ta pomoc wychodzi z obu stron, a relacja dwóch kobiet jest relacją zbudowaną na zasadzie wymienności, tym starym i bardzo dobrze znanym każdemu „coś za coś”. Polska ornitolog – Anna Keller – daje młodej Claudine poczucie bezpieczeństwa i szansę na normalne życie, za co Claudine zajmuje w jej życiu poniekąd miejsce córki, którą Polka najprawdopodobniej bezpowrotnie straciła (ciągłe kłótnie oraz brak cierpliwości niejednokrotnie objawiają nieumiejętność bycia matką, przez którą być może Anna straciła swoją córkę).


Gdy relacja pomiędzy dwoma kobietami powinna być głównym źródłem emocjonalności w filmie Krauzów, tak naprawdę tkwi ono głównie w brutalnych obrazach, które naprzemiennie szokują i niepokoją, ubogacając Ptaki śpiewają w Kigali o wyjątkowo istotną w takich projektach autentyczność. Są w tym filmie sceny, dziejące się głównie w Rwandzie, które momentami potrafią go postawić pośród filmów wybitnych. Emocjonalność jednak jest skutecznie hamowana przez jego przesadną kontemplacyjność, spowalniającą narrację i zmuszającą do refleksji. W samej refleksji nie ma oczywiście niczego złego, dopóki nie zmusza ona do przemyśleń w momentach, w których wcale nie są one potrzebne. Im więcej statycznych ujęć na bohaterów, czy kolejnych wstawek ze zwierzętami, tym bardziej oddalamy się od bohaterów. Anna i Claudine, których dalsze losy są niepokojące, a obie wzbudzają w nas większe lub mniejsze emocje (a może nawet poniekąd współczucie?), w pewnym momencie stają nam się trochę obojętne, choć nie jest to obojętność bezwzględna.

Rozczarowujący jest również pierwszoplanowy duet, który cierpi na tej refleksyjności równie mocno, co sam film. Aktorsko jest co najmniej dobrze, a do doświadczonej Jowity Budnik oraz debiutującej Eliane Umuhire generalnie nie ma się większych zastrzeżeń. Im bliżej końca, te kreacje zaczynają się jednak w pewnym stopniu rozmywać, a w sceny, które powinny uwydatniać nieszczęście obu kobiet, wkrada się nijakość. Nie jest to jednak stricte zarzut aktorski, a ponownie spore „ale” do samej konstrukcji filmu. Nie przeszkadza ona jednak w kreowaniu klimatu intymności, którym Ptaki śpiewają w Kigali uwodzą od początku do samego końca. Ciężko przy nim zapomnieć o zdarzeniach, które towarzyszyły powstawaniu filmu, a mianowicie śmierci Krzysztofa Krauze. Czuć w tym filmie poniekąd smutek, nutę żałoby, pewną melancholię. Ptaki śpiewają w Kigali to cichy i bardzo kameralny film. Trochę za długi i delikatnie rozczarowujący, ale wciąż obowiązkowy.


Komentarze