Zadziorne miłostki – recenzja płyty „Miło Było Pana Poznać” Mery Spolsky


Na początku roku, wykazując się odwagą w przedwczesnych osądach, za sprawą świetnego albumu A Kysz!, nazwałem Darię Zawiałow najlepszą polską debiutantką. Nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek w tym roku mógł jej przeszkodzić w ostatecznym zdobyciu tego tytułu. Albo inaczej – nic nie wskazywało na to, że swoją debiutancką płytę wyda Mery Spolsky. Postać o niezwykłej charyzmie z nutą pewnej, jeszcze nie do końca odkrytej i zdefiniowanej przeze mnie niepowtarzalności.

Gdybym chciał krótko scharakteryzować debiutancki album Mery Spolsky, powiedziałbym, że płyta Miło Było Pana Poznać jest płytą bardzo szaloną. Artystka nie daje się tym krążkiem w żaden sposób zaszufladkować, chyba że postawimy ją obok innych twórców, którzy objawiają w muzyce swoje szaleństwo, nie tracąc przy tym indywidualności. Nie jest to niebezpieczne balansowanie pomiędzy gatunkami. Bardziej mamy do czynienia z eksperymentowaniem z brzmieniem wewnątrz gatunku „pop spolsky”, którym artystka samozwańczo określiła swoją muzykę. Jego zwiastunem był pierwszy, tytułowy singiel promujący płytę, zachwycający od pierwszego muzycznego spotkania swoją zadziornością. Takiego bangera w polskiej muzyce już dawno nie słyszałem, o ile kiedykolwiek dane było mi usłyszeć. Tym samym Mery Spolsky zapowiedziała swój debiutancki album jedną z najlepszych tegorocznych polskich piosenek (a jakim wielkim szczęściem jest to, że na płycie Miło Było Pana Poznać jest dłuższe i ciekawsze). Kolejny singiel Alarm, choć pozostał w cieniu tego pierwszego, pokazał trochę lżejszą, bardziej popowo-elektroniczną twarz artystki. Tę drugą, która objawia się na płycie w jeszcze kilku innych piosenkach.


W otwierającym album Dzień Dobry Very Much, Spolsky informuje, że lubi pisać o miłości i tę miłość na Miło Było Pana Poznać czuć. Słychać ją już w kolejnej piosence Niema Mery, która wyrosła od samego początku na najlepszą piosenkę na płycie i szczerze życzyłbym sobie, żeby została wybrana na kolejny singiel promujący płytę. Spolsky bardzo zgrabnie połączyła w niej zadziorność oraz brzmieniowy pazur z popową lekkością. W podobnym klimacie obracają się zaskakująca refrenem piosenka Kolego oraz intrygujący tekstem utwór Przegapiłam Pogrzeb Swój. Bardzo dobry Wrzesień (Nie Zrób Mnie w Konia, Au!) stoi bliżej Alarmu, podobnie jak przeurocza Sukienka w Pasky. Największą niespodzianką na albumie jest jednak Liczydło, które wydaje się kwintesencją debiutanckiego albumu Mery Spolsky i wykreowanego na nim „spolsky’ego stylu”. Z jednej strony, dostajemy zaczepność rodem z Miło Było Pana Poznać. Z drugiej, Spolsky bawi się niekonwencjonalnymi rymami („tylko sobie ćwiczę, gdzie ustawię swoje znicze, ja pierniczę, to liczenie wieje kiczem”). Z trzeciej natomiast, mamy do czynienia z piosenką utrzymaną w nurcie alternatywnym, ale niepozbawioną przebojowości. Mery Spolsky skazana jest więc na sukces.

Przypadek Mery Spolsky przypomina mi trochę przypadek Natalii Nykiel i jej znakomitego Lupus Electro sprzed trzech lat, którym zapełniła pustkę na polskiej scenie muzycznej, stając się księżniczką electropopu. Podobnie Mery zapełnia pewną pustkę na polskiej scenie muzycznej, a jest to wciąż nienasycona luka muzycznych indywidualności, które obok swojej unikatowości, mają szansę przedostać się do mainstreamu. Miło Było Pana Poznać to bezsprzecznie jedna z najważniejszych polskich płyt tego roku. Niegrzeczna i w tej swojej niegrzeczności cholernie intrygująca. To debiut niezwykle spójny, w którym możemy usłyszeć sto procent Spolsky w Spolsky. A wiedzcie, że o tej Pani i jej muzycznym pazurze naprawdę ciężko zapomnieć. Miło było Panią poznać, droga Mery. I chciałoby się poznać jeszcze więcej, i więcej, i tak bez końca. Róża na okładce płyty nie wydaje się przypadkowa. Mery Spolsky jest takim wzrastającym na polskiej scenie muzycznej kwiatem. Nie pozwólmy mu zwiędnąć. Parafrazując słowa tytułowego singla: Proszę Pani, proszę Pani, jestem w Pani zakochany... Jak pojebany! Au!

Komentarze